Blog > Komentarze do wpisu
Casa de mi Padre

Ze zwiastuna, jak to ze zwiastuna, wynikało, że będzie nieźle, a może nawet bardzo dobrze. Szczególnie przy oglądaniu z przymrużeniem oka i z odpowiednim nastawieniem wynikającym z tego, że wie się, co się ogląda (zawsze trzeba wiedzieć, co się ogląda, a nie potem narzekać, bo się nie złapało, modne słowo, konwencji). Niestety, jak to bywa najczęściej, całość nie sprostała wymaganiom zaostrzonym przez zwiastun i zwyczajnie zanudziła na śmierć.

"Casa..." to mocno stylizowany filmowy eksperyment, w wyniku którego na ekran został przeniesiony tani jak barszcz meksykański western. Zresztą sam film również powstał za minimalne pieniądze, bo przecież te marne 6 milionów dolarów to dla Willa Ferrella grosze.... Oto na meksykańskim ranczu mieszka sobie niejaki Armando, zakała rodziny i pierdoła w jednym. Pewnego dnia do domu wraca jego brat, oczko w głowie tytułowego tatusia. Przywozi ze sobą piękną narzeczoną i kłopoty w postaci narkotykowego bossa, który wyraźnie ma coś do tej pięknej narzeczonej.

Fabułę odłożyć trzeba na bok, bo jest tak samo ważna jak fabuła południowoamerykańskiej noweli, którą zresztą "Casa..." świadomie przypomina. Ważne, żeby każdy kochał się w każdym, a aktorzy mieli dużo okazji do pokazania przesadnych emocji. Miłość, zazdrość, złość, pogarda - wszystko pomnożone przez cztery. Kleić się to w nic nie musi.

Co za tym idzie, "Casa..." to zabawa konwencją, która sama z siebie już niezamierzenie bawi swoją napompowaną powagą. I właśnie w tej zabawie tkwi pies pogrzebany, bo jej w zasadzie tu nie ma. Twórcy tego filmu dobrze wiedzieli, jaki film chcą zrobić i trzymają się tego jak należy, tyle że nic z tego nie wynika. Dialogi nie bawią, tak samo jak i żarty sytuacyjne. To po prostu świadomie zrobiony zły film, który przy okazji też jest zły, choć raczej tego nie było w planie. Z pewnością przeznaczony dla konkretnego widza i tylko do niego mogący trafić, ale niestety coś nie wyszło.

Jedynym powodem, dla którego warto go zobaczyć jest powód poznawczy. Otóż "Casa..." stanowi podręczny słowniczek tego, jak filmów nie powinno się robić. Jeśli ktoś chciałby się dowiedzieć, czego unikać, to tutaj ma cały zestaw począwszy od technicznych niedoróbek, a skończywszy na dawno niemodnych "sztuczkach". Wymieniać można długo, a śledzenie tych wszystkich zamierzonych błędów jest chyba jedyną frajdą z seansu. Mamy tu więc błędy montażowe, złe kadrowanie, rozpieprzoną w śliczne pizdu kolejność ujęć, wyraźne dokrętki, w których rozmawiający aktorzy stoją w jednym pomieszczeniu na zupełnie nie pasujących do siebie tłach, manekiny, sztuczne zwierzaki, drewniane konie do scen jazdy, dublerów w scenach erotycznych, malowane tła, wsteczne projekcje, odbicia ekipy filmowej w szkle... you name it. A gdy nic z tych wpadek nie ma, to aktorzy koncertowo overactingują (nie ma chyba dobrego polskiego słowa na to).

No i muzyka. Ta ilustracyjna, a także piosenki są przyjemnością dla ucha, ale do tego by je posłuchać nie trzeba przecież oglądać filmu. 5/10

(1406)

piątek, 06 lipca 2012, quentiin
Tagi: komedia
Casa de mi Padre komedia




TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: