Zakładki:
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Tagi
|
niedziela, 20 maja 2012
Act of Valor
Tegoroczny laureat Złotego Goebbelsa na Festiwalu Filmów Propagandowych w Mińsku...
Jeśli jednak komuś przyszłoby do głowy obejrzenie tego filmu (czego, od razu mówię, nie odradzam), to należy wziąć poprawkę na to, że to właściwie dwa filmy w jednym. Jeden z nich do oglądania się nie nadaje, natomiast na drugi patrzy się z przyjemnością. No a przynajmniej z tym czymś, co daje widok rozciapcianych krwawo na ścianie badgajów. Film numer 1 - typowa propagandówka sfinansowana przez amerykańskie siły zbrojne mająca na celu zachęcenie młodzieży do one big happy family Navy Seals, gdzie przeżyją przygodę życia, wyrwą się z getta, poznają przyjaciół na całe życie (a jak będą mieli pecha to na dwa tygodnie, ale z pewnością najlepsze w swoim życiu), zwiedzą świat i sprawią, że wszechświat przez kolejny dzień będzie bezpieczny. Jak więc na propagandówkę przystało, główni bohaterowie to mili ludzie z kochającymi rodzinami, pasjami siedzący wieczorem przy ognisku, grający na gitarze i uśmiechający się do żon, które patrzą na nich kochającym wzrokiem. Osobowościowe wzory, które walczą o pokój, bo ktoś to musi robić i wdzięczne krajowi za to, że nierzadko dzięki wojsku żyją na poziomie i nie muszą się o nic martwić, gdy na pół roku pojadą na wakacje gdzieś do piaszczystego kraju w Azji. Ich przeciwnicy to zaś ludzie bezwzględni, którzy tabunami mordują dzieci i torturują kobiety, których sam widz, gdyby mógł, to od razu by odstrzelił nie pytając księdza o zdanie. I jest jeszcze Dobry Wujek Wojsko, który dba o życie, zdrowie i wyposażenie naszych dzielnych wojaków. A widz nie ma wątpliwości, że miliony dolarów na nowy lotniskowiec są o wiele bardziej potrzebne niż dla tych darmozjadów w Sudanie. Zanim zaś do filmu numer 2 to dwa słowa jeszcze o części wspólnej łączącej obydwa filmy - aktorach w rolach głównych. W "Act of Valor" postawiono na weteranów niejednego frontu - wciąż aktywnych Sealsów, a co za tym idzie trudno oczekiwać od nich umiejętności aktorskich. To trochę pogrąża zupełnie Film nr 1, bo w kilku cut scenkach, w których dwóch głównych bohaterów przerzuca się sucharowymi onelinerami, nieznośność płynąca z seansu się pogłębia. Ale, co ważniejsze, ich umiejętności aktorskie na przestrzeni całego filmu nie są ważne. Ważne jest to, że mają za sobą lata doświadczeń w oddziałach wojska i wiedzą, co w trawie piszczy. Wiedzą, jak prawidłowo trzymać karabin, wiedzą, że zmieniając magazynek muszą krzyknąć "zmiana!", wiedzą jak położyć zaporowy ogień (za to ja nie wiem czy ogień zaporowy się kładzie, więc może przesadziłem chcąc być mądrzejszym niż jestem), wiedzą jak szturmować dzielnicę rządzoną przez meksykański kartel narkotykowy i wiedzą, jak wskoczyć z helikoptera na łódź podwodną, żeby sobie nóg nie złamać. Wiedzą to i wiedzą o wiele więcej, a swoją wiedzą i doświadczeniem radują oko widza w Filmie nr 2, który przynosi bardzo miłe dla oka strzelaniny, akcje zaczepne i wszelkiego rodzaju militarne przygody, jakie żołnierza mogą spotkać - czy to na lądzie, czy w powietrzu, czy na wodzie. A akcjom tym towarzyszy świeżo pomalowany sprzęt bojowy, który jeździ, pływa i fruwa po ekranie, gdy tylko jest ku temu sposobność. Na szczęście w AoV więcej jest akcji militarnych niż propagandowego pieprzenia w bambus (jasne, duch propagandy wisi nad filmem przez cały czas, ale skutecznie zagłusza go warkot karabinów maszynowych; choć nie da się z pobłażliwym uśmiechem na ustach zauważyć, że w strzelaniny wplątane jest jak najwięcej ujęć FPP, żeby młody widz zakrzyknął: "hej! to zupełnie tak samo jak w grze komputerowej! zapisuję się do wojska, jak skończę 16 lat!"), a że nakręcone są w naprawdę widowiskowy sposób to 7/10 dać warto, bo dobra strzelanka zawsze jest dobra. (1373) Prevues of coming attractions [20.05.2012]
Chinese Zodiac Q-Prognoza: - Dawno niczego ciekawego nie było z Jackie'em. Wygląda na to, że powrót do starego bohatera może to zmienić. Czas podobju Hollywood się skończył, pora wracać do siebie i robić to, co się potrafi najlepiej. A przynajmniej zrobić to po raz ostatni, bo wg zapowiedzi ma to być jego ostatni taki film w karierze...EDIT: JediAdam, który perfekcyjnie zna kantoński i mandaryński (a także słodko-kwaśny) twierdzi, że Jackie Chan wcale tak nie powiedział. I dobrze. Switch Q-Prognoza: - Kontynuujemy krótką podróż po chińskich megagwiazdach, choć powyższa traileroimpresja dużo mniejsze na mnie wrażenie zrobiła.Maniac Q-Prognoza: - Francuziki wzięli się za giallo remake'ując grindhouse'owego slashera. Już z tego zdania jasno wynika, że może być ciekawie.The Possession Q-Prognoza: - Based on a true story, jacha... Już, już miałem dać QPĘ, ale ujrzałem nazwisko Ole Bornedal w miejscu przeznaczonym dla reżysera.Hyde Park on Hudson Q-Prognoza: - Bo pachnie mi rozczarowaniem podobnym do "My Week with Marilyn" (jasne, znowu byłem pewien, że pisałem tego reckę, a tu nie widzę... No więc średnio mi się podobało).Magic Mike Q-Prognoza: No znowu , choć szanuję prawa kobiet i uważam, że jeden film o striptizerach na tysiąc filmów o striptizerkach im się należy.Naked Soldier Q-Prognoza: - Traileroimpresja ciekawa, tytuł zachęcający... Ciekawi mnie tylko o co chodzi z tą Maggie Q w napisach :) Pewnie o to, że co kilka lat w Chinach rodzi się nowa gwiazda kina łubudu i czas na kolejną.Antapal Q-Prognoza: - Chłopaki z tajskiej ferajny wyglądają smakowicie.Dracula 3D Q-Prognoza: - Sam nie wiem. Gnoją strasznie ten trailer gdzie nie wejdę, a mnie się... no może "podoba" to za duże słowo, ale klimacik jest. Efekty denne, ale w 3D może będą wyglądać lepiej? Pewnie się nie przekonam, bo do kina wątpliwe, żeby trafiło, a moja domowa technika oglądania filmów jeszcze się takich frykasów nie dorobiła ;)
piątek, 18 maja 2012
Raid [The Raid - Redemption]
Mam dla Was dwie wiadomości - dobrą i złą. Zacznę może od tej dobrej. Otóż wraz z filmem Garetha Evansa nie skończyło się kino akcji. Inni twórcy mogą spać spokojnie, wciąż jeszcze da się nakręcić film napakowany większą ilością akcji, strzelani i kopanin. "Raid" (kolejny dziwny polski tytuł). Wciąż można próbować wstawić do swojego filmu jeszcze więcej i może nawet sam Evans to zrobi, w końcu zapowiedział już dwie części. Możecie, moi drodzy, spać spokojnie, jeszcze na pewno czeka Was w Waszym życiu coś bardziej łubudu i coś bardziej tratata. Możecie odetchnąć z ulgą, bo było zagrożenie, że po obejrzeniu "Raid" okaże się, że widzieliście już wszystko.
Jeśli zaś chodzi o złą wiadomość, to brzmi ona tak samo. W centrum Dżakarty położony jest świetnie chroniony budynek, którego policji nie udało się sforsować od lat. Mieszkają w nim najwięksi i najgroźniejsi przestępcy jakich widział świat... Pierwszy ból "Raid" - nie ma w nim tych największych i najgroźniejszych przestępców na świecie. Jest jeden, cała reszta to mniej lub bardziej wyszkoleni w sztukach walki kolesie w luźnych spodniach i koszulkach, którzy w zależności od stopnia wyszkolenia żyją sekundę bądź maksimum dziesięć sekund. A aż prosiło się, żeby choć na każdym piętrze umieścić jednego bossa. Piętro pierwsze - Hui Zua Many. O sztuce walki maczetą wie wszystko. W 2007 roku wybrany Zakapiorem Roku przez wpływowy magazyn "Rozbój". Piętro drugie - Bad Math R. Facka. Wychowanek Klasztoru Shaolin. Znany z tego, że nabił guza Jetowi Li... Itd. Szkoda, że zamiast nich było samo mięso armatnie. Bladym świtem (no prawie) budynek zostaje otoczony przez oddział komandosów, którzy korzystając z zaskoczenia chcą aresztować wszystkich lokatorów. Wkrótce zostają dostrzeżeni i rozpoczyna się dla nich dramatyczna walka o życie. Rozpoczyna się, bo ta cała akcja to chyba jedna z gorzej przygotowanych akcji policyjnych w dziejach. Ci sami chyba Magdalenkę szturmowali... Ale mniejsza o to, bo jeszcze rano śmiałem się z tych, którzy krytykowali brak scenariusza, a tu sam zaczynam to robić. Niepotrzebnie, bo to film akcji. O akcji i z akcją. Nie przeszkadzałoby mi nawet, gdyby przez cały film nikt się nie odezwał. No właśnie, "Raid" wg zapowiedzi, recenzji i relacji widzów w taką stronę miał podążać. Minimum gadania, maksimum akcji. Cóż, mimo to została kupa czasu do zagospodarowania na tę właśnie akcję. Kupa czasu wypełniona gadaniem i slow motionami, które średnio trzymały w napięciu (zbliża się! zauważy ich za zakrętem korytarza czy nie? dzwoni maczetą o ścianę!). No a przynajmniej mnie, bo kolesia obok chyba tak. Przez cały seans zgryzł wszystkie paznokcie czym doprowadził mnie do szału. Cisza, spokój, biją serca, jako takie napięcie... CHRUP... Biją się, ktoś ginie, cisza jak makiem zasiał... CHRUP... AAAAA! Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest zły film, a już na pewno nie jest to zły film akcji. To bardzo dobry film akcji. Ale spodziewałem się po nim więcej. Wchodzą do domu i non stop się biją i strzelają - tego się spodziewałem. Biją się i strzelają bardzo dużo, ale. Tak, to prawdziwa przyjemność oglądać nawalankę bez użycia sznurków, tak, główny bohater potrafi nakopać, ale. Jestem więcej niż pewien, że Tony Jaa dałby tu dwa razy lepszy popis i mam nadzieję, że w końcu skończy się ukrywać w klasztorze przed mafią. Bo się zmarnował chłopak. Peany na temat "Raid" okazały się przesadzone. Nie ma tu akcji non stop. Nie ma tu wiader krwi. Nie ma tu latających kończyn (przysięgam, nie wiem skąd te bzdury o latających kończynach w co drugiej recenzji - o ile dobrze widziałem i pamiętam to nie została tu odcięta na ekranie ANI JEDNA kończyna czy głowa). I, co chyba najgorsze, nie ma tu ani jednej sceny, która by się nadała do NFQ do najlepszych scen śmierci. Lepszej od tej z trailera z załatwieniem kolesia progiem od drzwi nie było. A i tak 8/10. (1372)
czwartek, 17 maja 2012
Prevues of coming attractions [17.05.2012]
Argo Q-Prognoza: - Jaram się.The Dark Knight Rises Q-Prognoza: - No QL, wiadomo, że QL. Psychofanem nie jestem, ale kto powie, że mu się ten zwiastun nie podoba, to bez dwóch zdań z wariatkowa właśnie uciekł.Gangster Squad Q-Prognoza: - Zostanę sceptyczny przynajmniej z trzech powodów. 1. Jak się tak wysilę, to nie przypominam sobie nawet gangsterskiego filmu, który by mi się podobał. 2. Gwiazdorska obsada nie gwarantuje niczego. 3. Za mało Giovanniego Ribisiego.Ale oczywiście wariatem nie jestem i aż tak pod prąd nie pływam - to QJWIE skłaniające się QL-owi. The Watch Q-Prognoza: - Wygląda na całkowicie zmarnowany pomysł. Zresztą, drugi "Attack the Block" i tak by im nie wyszedł.Hit and Run Q-Prognoza: 6/10, bez oglądania, ha! The Campaign Q-Prognoza: - Oto kolejny dowód na wyższość amerykańskiej kinematografii nad naszą - oni pierwsi zrobili film o Kononowiczu... Jakoś nie potrafię nie lubić Ferella, choć daje ku temu mnóstwo okazji.Killer Joe Q-Prognoza: - Pierwsza myśl: Jeden "Prosty plan" już był. Ten nie wygląda lepiej.The Odd Life of Timothy Green Q-Prognoza: - Witajcie w świecie głupich pomysłów na filmy.This Is 40 Q-Prognoza: - O kurde, to nie będą udane święta... Spin-off "Wpadki". "Wpadka" była zabawna, to na zabawne nie wygląda. "Mam wysoko położone sutki" HA HA HA. NOT!Cosmopolis Q-Prognoza: - David Cronenberg.
środa, 16 maja 2012
Mroczne cienie [Dark Shadows]
Spieszę prosto z przedpremierowego pokazu filmu (po wyspaniu się, zjedzeniu śniadania, powypełnianiu obowiązków - takie to prosto) z dobrą wiadomością dla Juliusza Machulskiego - Timowi Burtonowi też nie udało się nakręcić dobrej "Kołysanki". Nakręcił film lepszy, bo i bardziej wprawiony w dziwactwach jest od naszego reżysera, dla którego przygoda z wampirami była tylko szybką chęcią zarobienia kasy na wampirzej modzie, ale - jak na siebie - przeciętny.
Jestem niezmiennego zdania, że jeśli do realizacji filmu przystępuje jakiś znany i dobry reżyser, którego filmografia zawiera więcej dzieł dobrych niż dobrych inaczej, a do występu w nim udaje mu się przekonać całą ekipę dobrych i szanujących się aktorów (przymykam oko na to, że to "jego" aktorzy) i ekipę filmową, która pomagała mu już wcześniej parę dzieł stworzyć, to nie ma takiej możliwości, żeby powstał z tego naprawdę zły film. Pewnie parę przykładów przeczących temu założeniu by się znalazło, ale sam rachunek prawdopodobieństwa wskazuje wyraźnie na to (powiedział matematyczny geniusz) ludzie, którzy potrafili robić dobre filmy nagle przestali to potrafić. Tyle, że zrobienie dobrego filmu (a raczej filmu nie złego) jeszcze nie oznacza, że oto fani zaraz padną na kolana, a kasy kinowe napełnią się zielonymi papierkami. Wręcz przeciwnie. Po dobrym reżyserze, aktorach, ekipie spodziewa się raczej filmu lepszego niż dobry, lepszego niż przeciętny. A "Mroczne cienie" takim filmem nie są. Potwierdziły się zatem moje przypuszczenia wieszczone na widok trailera - oto okazało się, że Burton, Depp i reszta znaleźli w swoim kalendarzu dwa tygodnie, w których nie mieli niczego lepszego do roboty. A gdy na dodatek okazało się, że te dwa tygodnie przypadają na ten sam okres, to postanowili zrobić to, co potrafią robić najlepiej - nakręcić film. Zebrali się na planie, dali sobie po niedźwiedziu i zabrali się do roboty. Oto Barnabas, potomek bogatego rodu Collinsów, który to ród z Liverpoolu rusza na podbój Nowego Świata. Tam dzięki swojej przedsiębiorczości i zaradności szybko pomnażają swoje bogactwo i budują miasto nazwane od ich nazwiska. I jak to w życiu. Każdy facet chyba trafił kiedyś na jakąś wiedźmę i nie inaczej jest z Barnabasem. Problem w tym, że to prawdziwa wiedźma, która rzuca na niego parę zaklęć i pac, biedny dziedzic trafia na dwieście lat (oj, nie dramatyzuj, Barnabas) do wilgotnego grobu. Zbawienie przychodzi dopiero wraz z wynalezieniem koparki. Familia Collinsów jest w głębokim odwrocie, a blady młodzieniec postanawia przywrócić jej dawny blask (wszelkie skojarzenia ze "Zmierzchem" są przypadkowe). Każdy wie, jakie filmy kręci Burton i "Mroczne cienie" niewiele różnią się od pozostałych produkcji tego reżysera. Tyle tylko, że przy zachowaniu charakterystycznego stylu (i przy zachowaniu aktorów - zmian jest niewiele: Lisę Marie zastąpiła Eva Green, Winonę Ryder Chloë Grace Moretz, Johnny'ego Deppa Johnny Depp, a Helenę Bonham-Carter Helena Bonham Carter) nie udało mu się stworzyć kolejnego dzieła, które przetrwałoby dłużej niż jeden sezon kinowy. Odnoszę wrażenie, że organizm Burtona przyzwyczaił się już do tej marihuany, którą bez dwóch zdań musi palić i przydałoby mu się coś więcej, żeby dać solidnego kopa. Być może zupełnie inny odbiór filmu mają ci, którzy znają serial, na podstawie którego został oparty cały film. Ja o jego istnieniu dowiedziałem się dopiero z napisów początkowych filmu Burtona. Teraz widzę, że to niezła telenowela była z ponad tysiąc dwustu odcinkami. Z tego, co na szybko wyczytałem charakteryzowała się tym, że była realizowana prawie jak teatr telewizji na żywo, a co za tym idzie słynna z ekranowych wpadek. I w sumie do takiego serialu pasowałoby wieszczone przeze mnie podejście "hej, mamy dwa tygodnie, szybko róbmy film". Tyle, że akurat filmowi jakoś zabrakło tego luzu i zabawy, który mógłby wyjść mu na lepsze. Jakby reżyser zmagał się sam ze sobą czy robić to na poważnie, czy może nie. No i wyszło to dokładnie właśnie tak - ani to śmieszne, ani poważne. Letnia (półzimna, a nie że wprowadzona latem) czarna komedyjka, w której główną rolę zagrał charakteryzator - to prawdziwy pokaz umiejętności nakładania pudru na twarz nie tylko wampira, ale i Michelle Pfeiffer, która nie wydaje mi się, aby wieczną młodość zawdzięczała tylko mądrej diecie. W sam raz na 6/10. Rzucić okiem warto, warto też rzucić uchem, bo można usłyszeć bardzo fajny soundtrack (w ogóle klimat lat 70, w których odbywa się akcja filmu został bardzo dobrze uchwycony). Kto jest fanem Johnny'ego Deppa też pewnie oleje wszystko i pójdzie znowu go sobie pooglądać. I luz, bo to przyzwoita produkcja, która jednak na fanfary nie zasługuje. (1371) PS. Nie mam bladego pojęcia (ha ha ha, film o wampirach, bladego pojęcia, ha ha ha, kumacie? ;P) dlaczego tak zmarnowano postać graną przez Emilię Komarnicką. Wprowadzać ją tylko dla jednego wątku, a jednocześnie tak jakby była jedną z głównych postaci filmu - coś musiało spaść na podłogę w trakcie montażu, bez dwóch zdań. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||