| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Q o sporcie
Księga gości
Recenzje
Blogi
Layout Team
Tagi
sobota, 28 stycznia 2012
Co to ma znaczyć `nie chce mi się`?
Co to ma znaczyć "nie chce mi się"? Siadaj i pisz recenzje, trzech Czytelników czeka! Tyle masz zaległości, tyle razy chcesz zalinkować jakąś reckę, a okazuje się, że w ogóle jej nie napisałeś. Siadaj i pisz!

Nie chce mi się. Myślałem, że taki motywator to zmieni, ale nie zmienił. Czekamy zatem na wenę.

Plany miałem szerokie. Miałem cały dzień filmy oglądać i może je recenzować od razu. Skończyło się na tym, że nie obejrzałem ani jednego, ale to tak oczywiste, że nie ma nawet co się dziwić. Trzeba by się było w kinie najlepiej zamknąć...

Z drugiej strony dzisiaj za mną przełomowy dzień i spokojnie to w "Drogim Pamiętniczku" upchnę. Otóż wziąłem ci ja i zdradziłem T-Mobile'a na Playa. Wiernym ś.p. Erze byłem od dawna i wcale nie zamierzałem jej zdradzać. Mieli jednak pecha. Od paru dni zastanawiałem się bowiem, jaki telefon sobie wziąć i nie znalazłem żadnego, który by mi odpowiadał w zupełności. Znalazłem jeden, który, jak babie, po prostu się spodobał i postanowiłem, że taki wezmę. Alternatywa była w telefonie innym, który już już bym wziął, gdyby miał lampę błyskową. Ale nie miał. Po co w aparacie do telefonowania lampa? Lubię robić zdjęcia pokoju w zupełnej ciemności, chciałem lampę i już. I tak muszę się pogodzić z tym, że takiego fajnego aparatu jak w starych telefonach mieć nie będę, ale jakieś granice ustępstw cholera są.

No i po tym naprawdę ciężkim wybieraniu polazłem do salonu, a oni nie mają ani jednego ani drugiego telefonu. Oba są na wystawie, ale atrapy, a w magazynie nie ma. W Magazynie też podobno nie ma, więc niezależnie od miejsca Polski, do którego bym nie trafił, to i tak tego telefonu bym nie dostał. Drugiego też nie, bo podobno w ogóle wstrzymali jego produkcję. To poch, ja się pytam, leży toto na wystawie? Przestałem w kolejce pół godziny, żeby się dowiedzieć, że telefonu nie ma i może nie być w ogóle. W lutym będą wiedzieć. A ja chcę telefon teraz i już, bo nie mam czasu kiedy indziej tego załatwić.

I byłbym się złamał i albo poczekał do wtorku na info z Magazynu albo wziął jakiś inny telefon, który wiem, że by mi nie pasował, bo przecież na siłę bym go wybrał. Ale wlazłem do Playa, a oni tam ramiona otwarte, a w magazynie telefony jakie chcę sztuk dwa. No to wysłuchałem oferty, fajna była (jak każda oferta przedstawiana w salonie - niefajna przestaje być dopiero jak się z niej korzysta, wiadomo). Dryndnąłem do Ery dowiedzieć się, jaką karę zabulę za zerwanie umowy przed terminem - niewielką. "Ale pan już na pewno chce przejść do Playa, bo może wysłuchałby pan jeszcze naszej oferty?". Nie sądzę, aby telefon nagle się znalazł (chyba, że by mi dali w promocyjnej cenie atrapę z wystawy), więc grzecznie podziękowałem. Wróciłem do Playa sfinalizować zdradę stanu, a w międzyczasie z T-Mobile'a z pięć razy z BOK-u dzwonili. W sumie, Chuck Norris by pewnie poszedł do T-M i łaskawie wysłuchał co też zajebistego mu dadzą, gdy wiedzą, że rejterada w przygotowaniu. Ale ja nie Chuck Norris. Zmęczony byłem tym pieprzeniem się o głupi telefon.

I tym prostym sposobem od środy mogę z metra dzwonić. Ha. Musiałbym jeszcze tylko trochę więcej nim jeździć.

Ktoś chce przejść do Playa? Mogę go zarekomendować, przyda mi się konsola w nagrodę póki rozdają ;)

Poczytacie jeszcze o reszcie dnia, którą spędziłem na kategoryzowaniu ponad 900 darmowych kanałów satelitarnych? Znam odpowiedź, to retoryczne pytanie było.

Z rzeczy filmowych wciąż nie mam statuetki NFQ w związku z czym nie ma jak ceremonii rozdania urządzić. Zresztą muszę wymyślić jakiś fajny sposób na to rozdanie. Co wymyśliłem to pierwszą porcję nominacji do NFQ 2012. Problem w tym, że fajna była trzy dni temu w środku walki o ACTĘ. Teraz już może nie być taka fajna, ale może jeszcze spróbuję. Przyda się nowy fon i jego kamerka... Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz!

PS. Z premedytacją nie napisałem, o jaki model fona się rozeszło, bo zaraz by się zaczęło, że to najgorszy telefon na świecie i w ogóle ble, fuj i kurwamać.
czwartek, 26 stycznia 2012
Komediowo
Tak się jakoś złożyło, że ostatnio zarzuciłem parę komedii (niektóre okazały się komediami, niektóre nie wiedzieć czemu obiecywały, że są komediami), więc zbiorczo je tutaj za jednym zamachem potraktuję.

Co, zdziwieni, że nie zaczynam od narzekania? Że dawno nie było notek, że nie chce mi się pisać, że jestem śpiący itd. Ha! ;)

BTW możecie polecić jakąś zabawną komedię. Chętnie przyjmę wszystkie sugestie ;)

Skarb [Trésor]

Za kinem francuskim nie przepadam, pisałem tu o tym często. Powodem wyboru tego filmu był występujący w nim buldog angielski.

Kochający mąż wręcza swojej żonie w ramach rocznicowego prezentu szczeniaka buldoga angielskiego. Żona dostaje na jego punkcie pierdolca, a mąż ma coraz bardziej dość.

Jak posiadacz buldoga francuskiego zaręczam, że nie ma w tym filmie żadnej fikcji. Uroki i niedogodności (niedogodności i uroki :P) wynikające z takiego czworonoga zostały pokazane tu w sposób właściwy i wcale nie podkoloryzowany. Generalnie większą część filmu oglądaliśmy z Aśkiem jak dokument o sobie.

Zgaduję, że scenariusz machnął tu również posiadacz buldoga, więc jeśli się zastanawiacie, czy też sobie takiego nie strzelić (buldoga, a nie scenarzystę) to śmiało możecie obejrzeć "Skarba" i będziecie wiedzieć, czego się spodziewać. Z punktu widzenia zoologicznego nie można mu nic zarzucić. Szkoda tylko, że nikt się nie wysilił poza opowiedzenie standardowej historii i kilku oczywistych żartów (pies pierdnął, ale śmierdzi hahaha). Nie ma tu nic poza schematyczną historią, która po wyjęciu z niej psa nie nadawałaby się na nic. W związku z tym śmieszna jest średnio. Lekka, niezobowiązująca i niekoniecznie zdatna do oglądania. Wot przeciętny film.

No ale może kogoś nieświadomego "uroków" buldoga śmieszyć będzie bardziej. Nie wiem. 5/10

***

Sekrety i grzeszki [The Dilemma]

Jeśli w komedii z Kevinem Jamesem, Vince'em Vaughnem, Winoną Ryder, Jennifer Connelly i Queen Latifah najlepszy jest Channing Tatum - wiedz, że coś się dzieje.

Ktoś wie, czy ci terroryści, którzy porwali Rona Howarda i pod groźbą śmierci kazali mu nakręcić ten film już go wypuścili?

Pewien facet dowiaduje się o zdradzie, jakiej dopuściła się żona jego najlepszego przyjaciela. No i ma tytułowy dylemat - powiedzieć koledze czy nie powiedzieć? Oczywiście decyduje tak, że wszystko się po kolei pieprzy.

Pomysł na film niezły nawet, szkoda tylko, że zanim sam film dochodzi do swojego sedna to mija pół godziny, w których niewiele się dzieje i osoba nie znająca fabuły w zasadzie nie będzie wiedzieć po kiego grzyba powstało to coś. A gdy już się dowie to jest za późno, bo nikt minionej półgodziny nie zwróci niestety.

Film ten to typowy przykład komedii, która nie wypaliła. Miała pomysł, miała dobrych aktorów (no w miarę, nie popadajmy w przesadę), miała dobrego reżysera i pewnie przed zdjęciami wyglądało na to, że wszyscy się będą dobrze bawić. I realizatorzy i widzowie. Tymczasem wyszło coś, na czym bawić się nie sposób. Ni to komedia, ni to film obyczajowy - wszystko wysilone, wydumane i na siłę śmieszne. 4/10

Ech, co się porobiło z Winoną Ryder...

***

Wielki rok [The Big Year]

Komedia i... kino sportowe w zasadzie. Najlepsi "wypatrywacze" ptaków ruszają do boju w trwającej rok konkurencji pod tytułem: komu uda wypatrzyć się najwięcej gatunków ptaków". Rekord do pobicia - 732 bodajże o ile mnie pamięć nie zawodzi. Nagroda - prestiż. Ważna sprawa - honor, nie trzeba wszystkim pstryknąć foty, wierzą ci na słowo.

Do wyścigu staje trójka doświadczonych komików na czele z moim ulubionym Steve'em Martinem. Obok niego są jeszcze Owen Wilson i Jack Black. Wynika więc z obsady, że zapowiada się śmiechu kupa, choć niekoniecznie tak właśnie jest. Bo "Wielki rok" to nie komedia w stylu "Wyścigu szczurów" tylko film z lekkim zacięciem obyczajowym. Bardzo lekkim, ale jednak.

Ogląda się przyjemnie, choć nie można pozbyć się wrażenia, że nasza trójka zrobiła ten film... hmm, w zasadzie nie wiem po co. Dla pieniędzy może, ale ile pieniędzy można wyciągnąć na takiej produkcji? Nie sądzę też, aby wszyscy trzej byli miłośnikami birdingu. W każdym bądź razie mimo produkcji przyjemnej zabrakło jej lekkości i tego czegoś, co przenosi komedię na zupełnie inny poziom zabawy. Przyzwoicie i bez szaleństw 6/10

Zupełnie nie wypalił Jack Black w roli narratora. Odkąd po raz pierwszy się odezwał (czyli od początku filmu) miałem wrażenie, że w ostatniej chwili i na szybko tego narratora dodali. Niewiarygodne było też ciągłe utyskiwanie na Wilsona, że pewnie oszust itd. W każdej sekundzie filmu udowadniał, że jest najlepszym birderem (czy jak to się tam zwie) ze wszystkich. A utyskujący utyskiwali, ale latali za nim krok w krok. Gdzie tu sens, gdzie tu logika? Q, to tylko komedia! Film taki, fikcja.

A nie, sorry, przecież jest na początku: Film oparty na faktach. Tylko wydarzenia zostały zmienione. Czy jakoś tak :)

***

Zamiana ciał [The Change-Up]

Pomysł stary jak świat w kolejnym wydaniu. Dwie przeciwności w wyniku czarów-marów zamieniają się swoim życiem. I tak stateczny biznesmen ojciec trójki dzieci staje się przystojnym pornolekkoduchem, a przystojny pornolekkoduch statecznym biznesmenem. A jako że obaj nie pasują do nowych ról, to komedia jest nieunikniona.

No i rzeczywiście od czasu do czasu jest śmiesznie. Problem w tym, że nie tak często jakby to było możliwe. Sprawy nie ułatwia dość trudny do przełknięcia ;) początek z dzieciakiem strzelającym kupą (wersję unrated oglądałem dla jasności). Trzeba się więc na starcie przestawić na specyficzny humor, ale na szczęście potem nie ma tego aż tak dużo.

No i co? Zapewne nikt nie starał się, by wrzucić tu więcej niż oferuje wiele filmów opartych na podobnej zamianie i rzeczywiście nie wrzucił. W zasadzie każdy gdyby sobie wyobraził, co mogłoby się przytrafić przy zamianie takich dwóch konkretnych postaci jak tutaj, to wymyśliłby i to samo, co zobaczy w filmie. Nic nie zaskoczyło, nic nie sprawiło, że choć przez chwile można by poczuć szacunek do scenarzystów za grejt dżob. Z drugiej strony obejrzeć się dało, a i zaśmiać też mi się zdarzyło.

Za mało tego wszystkiego na więcej niż 6/10, a i tak przez długi czas miało być 5/10. Zmieniłem nastawienie pod koniec, gdy po raz kolejny przekonałem się, że gdy na bok odkłada się fart joke'i, a nieco poważnieje w zamian, to wychodzi to tylko na lepsze.

Dodałbym plusa za gołe Leslie Mann i Olivię Wilde, ale jestem w zasadzie pewny, że to były dublerki połączone z efektami specjalnymi, więc nie dodaję.

A właśnie, wg mnie Bateman nie dał rady. W jednym i drugim wcieleniu zachowywał się właściwie tak samo. W ogóle aktorsko było marnie moim skromnym zdaniem.

***

Idol z piekła rodem [Get Him to the Greek]

Dochodzę w końcu do śmieszniejszych filmów, to się zmęczyłem... :)

Pracownik wytwórni muzycznej (Jonah Hill) dostaje bojowe zadanie. W ciągu 72 godzin ma sprowadzić z Londynu na koncert do LA upadłą gwiazdę rocka (Russell Brand).

Nie wiem skąd powszechna niechęć do Russella Branda. Sam za nim nie przepadałem po jakichś tam durnych epizodach, ale gdy udaje wyjść mu się na czoło listy płac to jest całkiem zabawny. Owszem, specyficzny ton głosu i ciężkie żarty nie wszystkich muszą przekonywać, ale znam bardziej przereklamowanych komików od niego (John C. Reilly ;) ). Wystarczy się do niego przekonać i od razu filmy z jego udziałem mogą byc lepsze.

Ten jest całkiem zabawny. Ma swoje słabe punkty, a i pewnie, ale ogólnie jest na całkiem przyzwoity plus. Jonah Hill ponad "Superbada" się nie wybije komediowo chyba nigdy, ale też się stara jak może i na ile pozwala mu na to wielki brzuchol, którego ostatnio się pozbył. John Candy toto nie jest, alesię chłopak stara.

No i tak ogólnie to taka po prostu komedyjka bez wielkich ambicji. Znów mamy skontrastowanych spokojnego grubaska i szalonego rockera i wynikające z tego komplikacje również są łatwe do przewidzenia, ale zabawne i tak. Tak w sam raz na 7/10

Rose Byrne wolę w świętym wydaniu.

***

To tylko seks [Friends with Benefits]

Ostatni z filmów na dzisiaj. Tutaj też dałem 7/10, ale mając za sobą to krótkie komediowe podsumowanie wygląda na to, że powinienem dać punkcik wyżej. Bo to najlepsza z opisanych tu komedii. Zostanę jednak przy 7/10, bo lepiej odzwierciedla moje odczucia.

Popularny bloger zostaje naczelnym popularnego czasopisma. Życie w wielkim mieście i w ciągłym biegu nie służy sprawom uczuciowym. Na ratunek przybywa łowczyni głów, która go do tej pracy zwerbowała. Decydują się zostać fuck buddiesami.

Często tak jest, że w Hollywood filmy parami chodzą i w tym przypadku potwierdza się ta reguła. Podobny temat poruszony już został w zeszłorocznym, cudownie przetłumaczonym "Sex Story", ale w "To tylko seks" poruszony został lepiej.

"To tylko seks" to w zasadzie komedia romantyczna, tak więc dobrze wiadomo czego się po niej spodziewać. Ale że jej bohaterowie są dość sympatyczni, to film ogląda się przyjemnie i stanowi dobrą pozycję (hłe hłe) na pomysł jak przyjemnie spędzić wieczór. Szału może nie ma, ale jest lekko i w miarę przyzwoicie, więc zarzucić okiem można.

Nie wiem skąd u Timberlake'a ten pomysł na życie, żeby się seksualnie w filmach sprawdzać, ale któż mu zabroni. Gorsze drewna próbują nas rozśmieszyć z gorszym skutkiem.

Jenna Elfman nieco się posunęła (hłe hłe), przez chwilę myślałem, że gra matkę Timberlake'a.
(1314)
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Spartacus Vengeance
Długie oczekiwanie na drugi sezon się wreszcie skończyło, "Spartacus" ruszył z kopyta na razie w necie bodajże, ale ACTA za drzwiami to nie ma na co czekać, trzeba oglądać. Oczywiście dobrze wiadomo, skąd taka długa przerwa i nie będę się rozpisywał o ś.p. Andym, bo wszystko już zostało na ten temat napisane. Czy zamiana aktora to była dobra decyzja? Czy powinni zamiast tego skończyć serial w trakcie? Nie wiem. Wiem, że się cieszę, że krwawy serial powrócił.

To teraz dwa słowa o 2, a w zasadzie 3x01. Dwa, bom śpiący, ale że właśnie skończyłem oglądać...

Mam jeden wniosek. Powinienem przypomnieć sobie sezon numer 1, bo jednak zbyt dużo czasu minęło i szczerze powiedziawszy za wiele nie pamiętam. I jeśli czujecie, że też wiele nie pamiętajcie to sobie przypomnijcie choćby z opisu na Wiki, bo się przyda. Sądzę, że większość z mojej chęci do kręcenia nosem wzięła się stąd, że nie pamiętam kto, co i jak. Coś mi się kołacze, ale nie wszystko co trzeba.

Bo nosem chcę trochę pokręcić - nie wkręciłem się jakoś w pilota. Może przy końcu, a właściwie przy ostatnich słowach Spartacusa. Pewnie dlatego, że zapowiedziały co przed nami bez konieczności oglądania się wstecz. Dlatego też myślę, że z mojej marnej pamięci ta chęć do narzekania wynika.

Bo tak pomijając fabułę to wszystko co najlepsze powróciło. Krew i cycki pisząc w skrócie. Viva Bianca pojawiła się na ekranie jak trzeba, a krew, oj, sikała na lewo i prawo. Masakra w burdelu przyniosła poziom erotyki i brutalności na poziomie, w jakim tylko w "Spartakusie" można sobie pooglądać i uspokoiła każdego, kto być może myślał, że będzie łagodniej. Nie jest. Spartacus się wkurwił, mąż Vivy się wkurwił, wszyscy są wkurwieni w zasadzie - nic tylko dać im miecze. Ups, już im dali :)

Zastępca Andy'ego taki sobie. Dziwi mnie, że na wieść o szansie od losu nie zamknął się na siłowni i nie przypakował.

"You had me at whores", dobranoc :)
Tagi: Spartacus
23:37, quentiin , Seriale
Link Komentarze (3) »
sobota, 21 stycznia 2012
Prevues of coming attractions [21.01.2011]
Resident Evil: Retribution



Q-Prognoza: - Niepokojące są końcowe literki. Telewizyjne jakieś takie. A póki co nic nie wiadomo poza tym, że do Residenta nic nie mam (oprócz dużego sentymentu) i chętnie kolejną część obejrzę.

Casa de mi Padre



Q-Prognoza: - Mnie się podoba. Jak każdy film z pomysłem.

Project X



Q-Prognoza: - Może i będzie śmieszne, ale nie mogę tych amerykańskich cool imprez. Dajcie im polskiego piwa i po pół godzinie koniec imprezy.

Playback



Q-Prognoza: - Thriller, playback - myślałem, że będzie o koncercie Mandaryny. Zapowiada się jednak, że będzie jeszcze gorzej. Christiana Slatera żal. Nigdy nie kumam, jakimi ścieżkami podąża sława w Hollywood. Człowiek gra w dobrych filmach, a tu nagle ląduje na kinowym wysypisku. Ani się nie zestarzał, ani ukraińskiej żony nie bił ani nic. Po prostu wygląda na to, że pewnego dnia zaczął grać w marnych filmach. Niekiedy da się z tej ścieżki powrócić, a niekiedy zostaje się na niej na całe życie. Nie kumam od czego to zależy.

Return



Q-Prognoza: - Wygląda na film z gatunku, jakich mi brakuje - prosty amerykański film o zadupiu. I oby taki był.

Moonrise Kingdom



Q-Prognoza: - Wes Anderson.

Detachment



Q-Prognoza: - Film z gatunku, który rozpoznajemy po muzyce. Nie umiem go nazwać :) odezwa: Dajcie Cranstonowi rolę, na jaką zasługuje, a nie zapychajcie nim dziur!

Jeff, Who Lives at Home



Q-Prognoza: - Aczkolwiek nie jest dla mnie żadną atrakcją wystep Jasona Segela, którego uważam za jednego z najgorszych aktorów, którzy ostatnio zarabiają miliony.

Act of Valor



Q-Prognoza: - Amerykańska armia sobie półtoragodzinną reklamówkę strzeliła, ale jeśli będzie się to fajnie oglądać to nie mam nic przeciwko.
piątek, 20 stycznia 2012
Dream House, Tinker Taylor Soldier Spy
Dom snów [Dream House]

Do lektury zapraszam tylko tych, którzy widzieli zwiastun. Nie będzie tu raczej spoilerów (no będę się starał powstrzymać), ale po prostu recka również pisana jest z punktu widzenia kogoś, kto zwiastun widział. A myślę, że pisana z punktu osoby, która zwiastuna nie widziała byłaby trochę inna. No i ocena pewnie wyższa by było. A tak to tylko 3/10.

Wzięty wydawca rzuca pracę i osiedla się ze swoją rodziną w nowym domu, by tam w ciszy i spokoju napisać nową książkę (doprawdy, klisz więcej się wcisnąć nie dało chyba). Oczywiście o ciszy i spokoju może zapomnieć, bo okazuje się, że poprzedni mieszkańcy tego domu zostali brutalnie wymordowani przez jednego z członków rodziny.

Hmm, a jednak opis fabuły jest też dla tych, którzy zwiastuna nie widzieli - widać staram się ich chronić mimo wszystko. Ach :)

Problem z filmem Jima Sheridana jest jeden i był już znany w chwili pojawienia się zwiastuna. W zwiastunie tymże pojawił się pewien twist, który, owszem, uczynił trailer o wiele bardziej interesującym niż bez twista, ale jednocześnie wykastrował z zaskoczenia cały film. Można było się spodziewać, że skoro ktoś zdecydował się na taki krok, to ma w zanadrzu jeszcze inne niespodzianki, których nie zawaha się użyć. I tak właśnie myśląc zabrałem się za seans, choć nie powiem, żebym był jakoś szczególnie przekonany, że dadzą mi po łbie jeszcze lepszymi twistami.

I nie dali. Twist ze zwiastuna jest największą atrakcją tego filmu, a cała reszta to zwykła sztampowa opowiastka, której rozwoju akcji pewnie domyśliło się po zwiastunie wielu. Ciekawy jest ten film zatem z jednego tylko powodu - odpowiedzi na pytanie: co oni se myśleli dając w zwiastunie twista? Ja tej odpowiedzi nie znam.

Obejrzeć da się, zrealizowany jest na poziomie (standardowym, ale poziomie), długi nie jest, więc nie męczy za bardzo... Z drugiej strony Craig średnio mi do tej roli pasował, a kobitki (Weisz, Watts) stanowiły jedynie tło (ubrane niestety tło :) ). Generalnie rzecz biorąc nic więcej tu nie znajdziecie niż w każdym innym filmie z gatunku: małżeństwo z dwójką dzieci osiedla się w nowym domu.

***

Szpieg [Tinker Taylor Soldier Spy]

Nigdy się nie dowiem, czy nieograniczoną przyjemność z tego seansu nie popsuł mi czasem twórca polskiego plakatu do tego filmu. Nie poznam odpowiedzi na zagadkę czy to jego wina, czy może filmu jedynie. Fakt pozostaje faktem - polski plakat zdradza odpowiedź na główne pytanie, które stawiają sobie bohaterowie tego filmu: kim jest ruski kret w najwyższych strukturach Cyrku? (MI6-u znaczy się).

I teraz kolejne pytanie: czy wiedza na temat jego tożsamości psuje film? Nie jestem do końca przekonany. Ale gdybym jej nie znał... AAAA.

Nie jestem przekonany, bo w "Szpiegu" nie zauważyłem jakiejś wyjątkowo misternej intrygi, która zakończyć by się miała jebnięciem porcelanowego kubka z napisem "Kobayashi" o podłogę. Oczywiście niewiele tu wiadomo i kretem może być w zasadzie każdy, ale żeby to miało stanowić główną wartość filmu to raczej nie. To dobre do efekciarskich thrillerów z Ashley Judd, w których mordercą okazuje się być koleś spalony na popiół w pierwszej scenie. Tu postawiono raczej na co innego (choć można jedno z drugim pożenić, ot choćby tak pięknie jak we wspominanym wyżej filmie z kubkiem).

Intryga intrygą, ale w "Szpiegu" rządzą dwie rzeczy: znakomity klimat filmu i znakomici aktorzy głównie brytyjscy z dodatkiem Gary'ego Oldmana. O znakomity klimat zadbał zaś Szwed Tomas Alfredson, autor głośnego "Pozwól mi wejść". I doprawdy trudno nie zauważyć podobieństwa "klimatycznego" między jednym, a drugim.

Prawdą jest co ludzie wypisują tu i ówdzie, że "Szpieg" jest filmem nudnym. No bo jest. Ale jest filmem nudnym w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie jest nudny usypiająco, jest nudny niespiesząco się nigdzie. Celebrująco każdy szczególik na ekranie, każdą zmarszczkę na licu agentów niebondopodobnych, każdą pierdółkę scenografii, która składa się na autentyczny obraz "tamtych czasów". Rzekłbyś, że razem z twórcami filmu cofnąłeś się -dzieści lat wstecz, więc podziwiaj. Dopracowane do perfekcji widowisko pełne Aktorów.

Ale mimo to nie urzekło mnie do końca i zupełnie. Doceniam, jestem pod wrażeniem itd., ale daję tylko 8/10.
(1308)
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 889