Zakładki:
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
piątek, 20 listopada 2009
Newer Moon
Czyli cd. świętowania premiery nowego filmu o Edwardzie. Wszak o opinię trzeba dbać! "A Q to chyba mnie znielubił bo coś ciągle Zmierzch na blogu obśmiewa.;(" I całość: Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet [Män som hatar kvinnor/The Girl with the Dragon Tattoo]
WOW. Trzeba mieć niezłą odwagę, żeby liczyć na to, że ktoś zapełni sale kinowe/fotele przed kinem domowym na filmie pod tak cienkim tytułem. Intrygujące to miało być? Wiem, wiem, film na podstawie książki itd. (swoją drogą trzeba mieć niezłą odwagę...), ale nie wszyscy musieli ją czytać i ryzykować, że anuż film o tytule dobrym na wątek internetowego forum będzie kiepski. No ale z drugiej strony (zawsze jest jakaś druga strona) trzeba mieć też odwagę, żeby nie zatytułować filmu w sposób bardziej chwytliwy. Ja wiem, np. "Rzeźnik z przeszłości". (Zupełnie pomijam kwestię również głupiego tytułu angielskiego). Łotewer. Dziennikarz szwedzkiej gazety zostaje skazany za zniesławienie w procesie przeciwko jakiejś tam grubej rybie. Do odsiadki zostaje mu trochę czasu (więzienia mają zapełnione? zresztą w Szwecji to chyba możliwe, bo jak znam życia to u nich na jednego więźnia przypada szesnaście metrów kwadratowych; i laptop z dostępem do netu - to już w filmie widziałem, więc wiem!) i dobrze się składa, bo z dalekiej wyspy, na którą można się dostać jedynie mostem (jacha) przychodzi zaproszenie od pewnego starego znajomego, który nie wiedzieć czemu, chciałby akurat teraz wznowić poszukiwania swojej zaginionej czterdzieści lat temu bratanicy. Dziennikarz przystaje na lukratywne warunki i rozpoczyna poszukiwania szybko trafiając na nowe fakty w tajemniczej sprawie. Może się wydawać, że narzekam, ale rzeczywiście: wydaje się. Ja to ja, zawsze muszę na coś ponarzekać i poszukać dziury w całym. Ale pomijając moje wątpliwości (do listy których dochodzi jeszcze jedna: nie znam się na fotografii, ale jakoś nie kupuję, że w 66 roku fotoreporter jakiejś nędznej gazety pstrykał zdjęcia z częstotliwością jedna klatka na pół sekundy; szczególnie że nawet nie fotografował nikogo znanego) film w reżyserii Nielsa Ardena Opleva jest bardzo dobrym filmem, który sympatycznie się ogląda i który zdecydowanie potwierdza dobrą opinię o skandynawskich thrillerach robiących już od dłuższego czasu karierę. Bez trudu można sobie wyobrazić podczas seansu, że nasi filmowcy, by nawet w połowie tak dobrego filmu nie zrobili, choćby na rzęsach stanęli. Jeśli mam się jeszcze czegoś czepiać (bo łatwiej ;P) to trochę przyczepiłbym się długości filmu, który jednak momentami troszeczkę mnie nudził. Nic by mu się nie stało, gdyby go troszeczkę wykastrować. Miałem nawet kandydata do wycięcia, ale gambit mnie uświadomił, że nie wolno! Wg mnie dla nożyczek montażysty spokojnie nadałby się z dupy wyjęty wątek kuratora Lisbeth, ale gambit mnie poinformował, że to jest książkowa trylogia, że wątek kuratora jest ważny dla następnych części i że w ogóle to w Szwecji cała filmowa trylogia wyszła na raz ble ble ble. OK, zgadzam się. Tyle że zdania całkowicie nie zmieniam - jeśli już wątek musiał zostać to mogli go jakoś sensownie doczepić, a nie żebym oglądał wciągający film o śledztwie sięgającym przeszłości i co jakiś czas dumał po jaką cholerę oni pokazują całą tę akcję z kuratorem. Fajną, nie przeczę, ale wpasowaną na siłę. Więcej zastrzeżeń nie mam. Całość jest bardzo dobra i z dobrym skutkiem reprezentuje swój gatunek filmowy: ktoś zabił, nie wiadomo kto, a na końcu twist. Takie filmy zwykle trafiają w moje gusta i z niecierpliwością oczekuję następnych. "Mężczyźni..." spełnili swoją rolę, w czym swoją zasługę miał też Michael Nyqvist. Zawsze przyjemniej ogląda się filmy, gdy występują w nich jacyś aktorzy, których się zna. A ja choć ze szwedzkimi aktorami jestem na bakier, to tego akurat znam z "Så som i himmelen". No i twarz też ma ogólnie znajomą, bo z której strony by nie patrzeć, to wyjątkowo Andrzeja Gołotę na diecie przypomina. 5-(6) - film oferuje wszystko, czego wymaga się do szczęścia od mrocznego (no w miarę mrocznego) thrillera. (898)
czwartek, 19 listopada 2009
Zmierzch a menstruacja
W końcu ktoś zwrócił uwagę na zasygnalizowany przeze mnie i gambita podczas seansu "Zmierzchu" problem. W rolach głównych Brandon "Superman" Routh i Martha "Sympatyczna lasia z Superbad" Macisaac: To tak w sam raz w dzień przedpremiery love-gay-story "New Moon" ;P Thirst [Bakjwi]
Moda na wampiry przetacza (dwuznaczność zamierzona :P) się po całym świecie. Nic więc dziwnego, że trochę z wampirowatego blasku postanowiono skorzystać w Korei Południowej (dziś przez chwilę będę monotematyczny) i nadać mu nieco inny wymiar. Mniej edwardowy, bardziej artystyczny. Osobą odpowiedzialną za ten projekt został Chan Wook Park twórca kilku kultowych filmów na czele z "Oldboyem". Ja zaś osobiście czekałem na ten film od momentu pierwszych wzmianek, jakie się na jego temat ukazały. Czekałem i czekałem, a w film w międzyczasie dorobił się zwiastuna, w którego muzyce się zakochałem, kontrowersji związanych ze zbyt erotycznym jak na południowokoreańskie warunki plakatem, a w końcu nagrody Jury na ostatnim festiwalu w Cannes (do spóły z nominacją do Złotej Palmy). I jak to w końcu w takich przypadkach bywa - czekałem aż się doczekałem seansu. I okazało się, że było to przeżycie iście... no chciałoby się napisać, że mistyczne, ale niestety przeziewałem połowę filmu. Katolicki ksiądz zgłasza się na ochotnika do eksperymentu mającego na celu stworzenie leku na coś tam. Eksperyment jest mocno kontrowersyjny, a bycia doświadczalnym królikiem nie przetrwał dotychczas nikt. Ktoś jednak w niebiesiech czuwa nad naszym księżulkiem, bo choć już już jest dwoma nogami nad grobem, to transfuzja wampirzej krwi sprawia, że cudem udaje mu się ozdrowieć. Niestety, w zestawie z ozdrowieniem jest przemiana w wampira. No ale nic. Ksiądz wraca do swojej parafii, gdzie nawiązuje mocno erotyczny kontakt z pewną swoją znajomą z lat dziecięcych. A kontakt ów przeradza się w serię dość nieprzewidzianych wydarzeń. No i buuu. Naziewałem się, naprzysypiałem, namodliłem, żeby się ten film już skończył - ogólnie rzecz biorąc bardzo wycierpiałem. No co ja poradzę? Nie trafił do mnie, nie rozerwał mnie, nie zmusił do niczego poza chęć przetrwania i dzielnego go zakończenia. ALE! Ja wcale nie mówię, że to zły film. Nie. To dobry film jest. Pięknie nakręcony, wysmakowany, przemyślany, spokojnie poprowadzony z realizatorskim kunsztem w większości filmowych technikalii itd. Tyle że nudny. A przynajmniej dla mnie. Oceniał go w każdym bądź razie nie będę, bo żadna ocena nie byłaby sprawiedliwa. Obiektywnie patrząc niczego mu nie brakuje, ale subiektywnie jest to jedna wielka nuda w efektownym opakowaniu. Ja jednak wolę "normalniejszego" Chan Wook Parka i jego filmy typu "Joint Security Area", niż Parka artystycznego, na którym zasypiam. Widać za prosty jestem i nie wszystko jest dla mnie :P ale nie będę się zachwycał tylko dlatego, że być może tak wypada ze snobistycznego punktu widzenia i innych ą i ę. Jak mnie coś nudzi, to mnie to nudzi. I nic mi, panie, nie zrobisz. Aczkolwiek parę świetnych scen, które bez zawahania mi się podobały dałoby się wymienić bez problemu. (897) A Million
Kinematografię koreańską darzę niekłamaną sympatią. Tę z południa, bo o północy to nie ma o czym mówić... A w zasadzie to "darzyłem" byłoby tu odpowiedniejszym słowem, bo niestety zarzuciłem jakiś czas temu eksplorację tego jakże płodnego terenu. Ostatnio próbuję wrócić do ichniejszych filmów i nawet nawet jakoś idzie (czego nie widać po reckach, bo leń jestem), ale przyznać trzeba, że jeśli chodzi o film z tytułu, to nawet cała moja niezmierzona sympatia mu nie pomoże. Bo jak coś jest kiepskie to niezależnie skąd pochodzi, ale dalej jest kiepskie. A mogło być fajnie. Grupka (ale wstyd, napisałem najpierw "Grubka", ale to chyba dlatego, że myślałem o jednym z bohaterów?) Koreańczyków zostaje zaproszona do wzięcia udziału w programie "Survivor: Australia", edycja koreańska, rzecz jasna. Nie kręcą nosem, bo do wygrania jest okrągły milion dolarów, a tyle zawsze jest miło mieć na jakieś drobne wydatki. Ekipa filmowa (szumnie ją nazywając) wywozi ich na australijskie zadupie, gdzie szybko okazuje się, że w przeciwieństwie do oryginalnego "Survivora" kasę zgarnie ta osoba, która jako jedyna spośród ośmiu uczestników przeżyje. Rozpoczynają się codzienne "czelendże", po których jedna z osób zostaje... cóż, wyeliminowana z gry. Pomysł fajny, choć ciężko powiedzieć, że nowy. Na ludzi polowano już na ekranie kina przynajmniej od 1932 roku i premiery "The Most Dangerous Game" na podstawie opowiadania Richarda Connella. Telewizyjne wariacje na temat również od lat towarzyszą zjadaczowi filmowego chleba, żeby wspomnieć przykład oczywisty i "Uciekiniera" według kryjącego się pod pseudonimem Stephena Kinga. Jeśli zaś chodzi o wkład Azjatów w ten "podgatunek" kina to wspomnieć oczywiście należy świetny "Battle Royale". Temat wykorzystano więc już na każdy możliwy sposób i pod każdą możliwą szerokością geograficzną, ale i tak nie przypominam sobie żadnej produkcji pod szyldem telewizyjnego "Survivora". W "A Million" zaś w co drugim ujęciu łopocze sobie flaga ze znanym logotypem, co jest fajnym zabiegiem niezależnie od tego, że zawsze filmowana jest z takiej odległości, że niekoniecznie widać tam oryginalny napis "Survivor". Mniejsza z tym. Ważne, że do konwencji telewizyjnego show o przetrwanie niezakończone zgonem dorzucono takie właśnie zagrożenie, przez co wydawać by się mogło, że pomysłu spieprzyć się nie da. A jednak, reżyserowi, który nazywa się prawie jak Ho Chi Minh (Min-Ho Cho) ta sztuka się udała. "A Million: to kiepski film jest, w którym nic nie trzyma się kupy. Jeszcze póki wleką się samochodem przez bezdroża Australii to można się łudzić, że po zatrzymaniu rozpocznie się krwawa rozgrywka, w której może i nie będzie sensu, ale fajnie się ją będzie oglądało. Niestety nic takiego nie ma miejsca. Jest głupi "czelendż" i jeszcze głupsze "zasady" programu wymyślane na kolanie przez demonicznego prowadzącego. Demoniczny prowadzący bardzo się stara by być demoniczny, ale niestety budzi skojarzenia wręcz odwrotne. Potem jest jeszcze gorzej, a wszystko prowadzi do spodziewanego finału, którego głupota jednak spodziewana nie była. Serio, nie spodziewałem się, że to czego się spodziewam będzie takie bzdurne. A przecież można to było tak prosto i fajnie zrobić. Wymyślić jednolite zasady konkurencji (zgapić z "Survivora" i tyle), wymyślić fajne "czelendże" (a nie: kto pierwszy dopłynie do chorągiewki), przegranych zabijać w jakiś wymyślny sposób i po kolei eliminować bohaterów. Prosto, łatwo i przyjemnie. Ale nie, lepiej było pogonić jedną bzdurę drugą bzdurą i dla pewności dorzucić trzecią bzdurę. Tworząc film bez tempa, bez emocji, bez atmosfery i bez sensu. Dla takich filmów wymyślono przycisk "rewind". 2(6) (896) | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||