| < Kwiecień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        
Zakładki:
Q o sporcie
Księga gości
Recenzje
Blogi
Layout Team
Tagi
wtorek, 15 kwietnia 2014
Goliyon Ki Raasleela Ram-Leela

Obecność w Warszawie gwiazdora bollywoodzkiego kina - Salmana Khana - to dobry punkt wyjścia do obejrzenia co tam nowego powstało w państwie indyjskim. Leciutko jestem już z bollywoodami w plecy, ale żeby za nimi nadążyć, to by trzeba nic nie robić tylko oglądać. Inna sprawa, że ostatnio nie było tam wiele ciekawego do obejrzenia lub wpadałem na miny. Co nie zmienia faktu, że moim skromnym zdaniem Bollywood nie zasługuje na falę kpiny, jaka przy okazji wizyty Salmana i kręcenia tu jego najnowszego filmu (niestety wiele wskazuje na to, że Warszawa tylko udaje Londyn, a Pałac Kultury i Nauki Big Bena... S, ja też NMSP ;) ) przetacza się po naszych medyjkach. Bo u nas to albo nie pisze się o Bollywoodzie albo się pisze kpiarsko. A weźmy film, o którym dwa słowa dzisiaj - zarobił on na ten przykład na całym świecie grubo ponad 30 mln. $ (słownie: grubo ponad trzydzieści milionów dolarów). No dalej polska kinematografio, zrób tak. I potem sobie możesz kpić.

Prawda jest taka, że pod względem czysto filmowym indyjscy twórcy biją naszych wyrobników na głowę. Owszem, kręcą najczęściej infantylne rzeczy, ale tylko dlatego, że tego wymaga od nich miejscowa publika. Inna sprawa, że ja akurat wolę te infantylne filmy, bo mają swój niepowtarzalny indyjski styl. Wiejskie tańce w sari i takie tam. Odkąd Bollywood masowo zaczęło chodzić do dyskoteki i kręcić na zachodnią modłę w wielkich aglomeracjach wśród indi-lemingów - straciło dla mnie swój urok. A i chyba w ogóle gorzej na tym wyszło, bo boom na Bollywood zmalał w porównaniu do tego, co było jeszcze parę lat temu. Moim skromnym zdaniem to wina tego właśnie zzachodnienia produkcji. Powtarzam to często i powtórzę jeszcze raz: jeśli chcę obejrzeć dobre zachodnie kino, to oglądam dobre zachodnie kino, a nie indyjskie podróbki blockbusterów. Indie były dla mnie atrakcyjne w tym wydaniu wiejskim, zacofanym, poukładanym wedle sięgających kilku wieków tradycji.

Piszę o tym głównie dlatego, że "Ram-Leela" to na szczęście takie bollywoodzkie kino, jakie lubię. Długo go szukałem i trafić na niego nie mogłem. Jedno z głównych kryteriów poszukiwań: fajne (subiektywnie) piosenki. Kiedyś szukaliśmy z Aśkiem jakichś nowych hitów i znaleźliśmy zylion piosenek, które były podobne jedna do drugiej, ale żadna z nich nie była fajna (jak na ironię najfajniejsze piosenki są w filmach kolesia, który przeważnie gra w dennych filmach). Tu na szczęście nie ma tego problemu i żadnego kawałka nie przewinęliśmy. Nie dość, że wpadły w ucho to jeszcze zrealizowane zostały na bogato. Tak na bogato, że bardziej się już chyba nie da.

Ale w ogóle cały film jest zrealizowany na bogato! Pod względem oszałamiających barw spokojnie mógłby stanąć w szranki z "Cesarzową" w konkurencji: Najlepszy film do testowania na nim HD w telewizorze" (za konkurencję dziękuję Oli, od której ją podebrałem). Oczopląsu można dostać od tych barwnych ubrań, błyszczącej biżuterii, makijaży, mandali i wszystkiego co dało się upchać w jeden kadr i pięćdziesięciu tancerzy. Scenografia także nie odstaje i jeśli gdzieś jest jakiś kawałek ściany, to został on pomalowany monumentalnym wizerunkiem bóstwa czy innego ustrojstwa. Główna bohaterka, żeby nie było, mieszka właściwie w ogrodzie botanicznym, a o świcie budzą ją śpiewy pawi. Nie żałowali kasy na realizację i się to opłaciło, patrz pierwszy akapit.

Prace magisterskie można by pisać o plagiatowaniu zachodnich filmów przez twórców z Bollywood. Już jakiś czas temu ci ostatni się wycwanili i na początku piszą, czym się inspirowali i... dalej plagiatują. Fabuła R-L również nie jest oryginalna i również zaczyna się od oświadczenia o źródle inspiracji na wypadek gdyby ktoś się nie domyślił. Trudno jednak głośno krzyczeć o jakimkolwiek plagiacie, gdy na warstat wzięto klasycznego "Romea i Julię" (Szekspira, jakby ktoś nie wiedział). Na całym świecie co roku powstaje jakaś ekranizacja R+J to czemu by i nie w Bollywood. Przy czym, choć dość wierna, to jednak przekształcona na indyjską modłę. Może nie aż tak sprawnie jak unowocześniona przez Luhrmanna wersja, ale i tak porządnie i z głową. Sedno zostało to samo, cała reszta indyjska tak bardzo, jak indysjkie są okolice Gudźaratu i Radżastanu.

Ona (Dupika; w jednej piosence gościnnie pojawia się też Drewnyanka, która jakby coraz mniej drewniana była) jest zbuntowana, piękna i ma swoje zdanie. On (nie znam kolesia, ale już czekam na "Gunday" z jego udziałem; tyle wiem, ze to jakiś kuzyn-czy-coś Anila "Indyjskiego Jacka Bauera" Kapoora) jest zbuntowany, jeszcze piękniejszy i nie ma łupieżu (mnie wolno kpić, bo ja doceniam :P). Pochodzą z rodzin, które toczą ze sobą nieustanną walkę od 500 lat. Zakochują się w sobie, co oczywiste, no i mają problem, co jeszcze bardziej oczywiste. Ale póki co wydaje im się, że love conquers all.

Mam z R-L tylko jeden problem, ale za to poważny i niestety nie do przeskoczenia. Wszystko jest tam najwyższej próby - piękna realizacja, piękni bohaterowie, onelinery jak z najlepszych filmów ze Sly'em i Arnie'em ("Ich romans zakończy się jutro przed dziewiątą" mówi wynajęty oprych, a takich przykładów można by mnożyć), no i dystans aktorów oraz twórców do tego, co pokazują. Czuć go i właśnie dzięki temu dobrze grają te celowo i po indyjski przegięte sceny, w których np. główny bohater wjeżdża na motocyklu leżąc na nim jak na otomanie). Niestety (znów, bo bardzo żałuję), nie znam hindi, a jego znajomość w takich filmach jest bardzo ważna. Bo ważna w nich jest nie tylko fabuła, którą zna każdy, kto słyszał o "Romeo i Julii". A jakiekolwiek dostępne tłumaczenie, czy to polskie czy angielskie skupia się raczej na tym, żeby oddać sens fabuły, a nie wdawać się w językowe niuanse. Kiedy słyszę, że bohaterka wypowiada długie zdanie, a czytam "Zrozumiałam", to mogę tylko smutno westchnąć. Niestety, chyba nie ma co liczyć na fachowe tłumaczenie przez kogoś, kto zna język oryginału. A jestem z grubsza pewny, że gdybym rozumiał wszystko jak należy, to byłbym pod większym wrażeniem. W przeciwnym wypadku, przez znajomość historii, momentami trochę się jednak wynudziłem i stąd tylko 7/10.

(1725)

wtorek, 17 grudnia 2013
Gwałt po bollywoodzku

Miała być dzisiaj kolejna część Prevuesów (trailer w miarę na bieżąco TUTAJ), ale wpadłem na inny temat, któremu uznałem, że warto poświęcić notkę. Krótką, jak to zawsze u mnie ;).

Zawsze lubiłem i zwracały moją uwagę nieszablonowe akcje marketingowe nowych produkcji filmowych. Interaktywna strona YouTube "Niezniszczalnych", czy virale z chatroomów, na których bogu ducha winni widzowie orientowali się, że właśnie rozmawiają z duchem (nie pamiętam dokładnie, do którego to było filmu, a szperać mi się nie chce). Tym razem moją uwagę zwrócił pomysł prosto z Bollywood.

Nie jest to pomysł taki zupełnie świeży i nowy, bo - jak większość tego typu akcji - już dawno wymyślił go William Castle, ale z pewnością jest ewenementem we współczesnym kinie. A przynajmniej ja z niczym takim się nie spotkałem. Szczególnie że wynosi kino na wyższy, socjologiczno-społeczny poziom. Bo trudno tu do końca mówić o promocji sensu stricte, gdyż temat jest zbyt poważny, żeby traktować go w kategoriach reklamy. Choć niewątpliwie obliczony na reklamę jest.

Oto zwiastun "Kill the Rapist", który do indyjskich kin trafi na początku przyszłego roku.



Żartowniś bez taktu zapytałby pewnie teraz, czy będą w tym filmie tańczyć, ale my skupmy się na innym fragmencie tego zwiastuna. Zwiastuna filmu, który wpisuje się w gatunek kina rape and revenge, ale też zwraca uwagę na prawdziwy problem społeczny Indii, którymi ostatnio wstrzasnęły przynajmniej dwa skandale z gwałtami w tle. I jeśli w tych strasznych wydarzeniach szukać jakiegoś pozytywu, to bez wątpienia byłoby nim to, że o ogromnej skali tego problemu zaczęto w końcu głośno mówić. Przynajmniej przez chwilę.

A teraz o kolejne zabranie głosu w tej sprawie prosi kino:

Kill the Rapist

Film nie ma jeszcze zakończenia. Czy tytułowy gwałciciel ma zginąć, czy może przeżyć? O tym zdecydują widzowie swoimi telefonami, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, jaki będzie finał...? 

środa, 26 czerwca 2013
Special 26

Powtórzyłem sobie ostatnio "Kuch Kuch Hota Hai" i ponarzekałem na słabnącą kondycję bollywoodzkiego kina romantycznego. Kręcą tego jak zawsze na potęgę, ale co spróbuję, to potem muszę sobie wstrzyknąć jakieś antidotum. Niestety, filmów takich jak KKHH chyba już nie ma. "Chyba", bo przecież wszystkich nie widziałem - nie sposób. Paradoksem w tej historii jest to, że filmy Karana Johara, reżysera KKHH, raczej uważane są za kicz i marność nad marnościami. Anonimowi Karanoholicy, których zaraziło "Czasem słońce, czasem deszcz" wychodzą z ukrycia i przyznają się, że po kolejnym seansie zobaczyli, jakie to kiepskie jest. Well, nie rozumiem ich. K3G oglądałem znów całkiem niedawno i dalej zacne było. Nawet bardziej niż kiedyś, bo teraz zerkam na linkowaną reckę i widzę, że po pierwszym razie byłem umiarkowanym optymistą. Jasne, kino spod znaku Johara to rzeczywiście kicz, a ww. KKHH wygląda momentami jaki vhs-owy film z wesela, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że mi się nie podoba. Podoba mi się, a jakże. Prosty film o prostych uczuciach i płaczący Szaruk. Kwintesencja Bollywood, którą pokochały masy i która zapewniła mu szaloną popularność (ale też niesprawiedliwą czasem łatkę). Popularność, która jak szybko się rozpoczęła, tak szybko zgasła. Dlaczego? Nie wiem, ale wydaje mi się, że kino bollywoodzkie za bardzo podążyło w stronę kina "normalnego" tracąc gdzieś po drodze swoją niewinność. Kto jeszcze go ogląda, szuka w nim raczej tego, co w każdym innym kinie, choć pewnie zaraz ktoś napisze, że Bollywood wcale nie był taki niewinny, a świetne filmy kręcono tam od zawsze. Zapewne tak, ale mnie mimo wszystko brakuje KKHH-ów. I takich piosenek jak tam. Teraz duży procent bollywoodzkich piosenek to psuedohity na jedno kopyto, których potem zagwizdać nie sposób.

Z drugiej strony fajnie, że istnieje ten inny Bollywood, który co jakiś czas potrafi zapewnić rozrywkę ambitną, jak i tę ambitną mniej. Puszczam mimo uszu wszystkie ewentualne komentarze i znów napiszę, że powstają w Indiach filmy, które nie dość, że mogą konkurować z zagranicznymi produkcjami, to zawsze mają w sobie ten indyjski, niepowtarzalny pierwiastek dodający im blasku. Mało ich, trudno się do nich przekopać przez setki nic nie mówiących tytułów, ale istnieją. "Special 26" to jeden z takich filmów.

Jeśli wierzyć napisom początkowym, S26 oparty jest na faktach. Nie szperałem za głęboko, ale chyba trudno znaleźć w necie coś więcej o tych faktach, a co za tym idzie można troszkę w nie zwątpić, ale to praktycznie nie sprawia żadnej różnicy. Tak czy siak mamy drugą połowę lat 80. (sprawa dość umowna, bo gdyby przegapić ten napis, to można by pomyśleć, że wszystko dzieje się prawie współcześnie), a w Indiach grasuje grupka sprawnych złodziei podających się za urzędników indyjskich służb specjalnych. Ambitny funkcjonariusz CBI dostaje rozkaz schwytania przestępców.

Nie ma się co za dużo rozpisywać o samym filmie (już i tak za dużo napisałem), bo jak każdy inny przedstawiciel con-movie, także i on nie wymaga od widza za dużej wiedzy przed seansem. Wystarczy to, że zapewnia dużą dozę rozrywki, jest nakręcony szybko i sprawnie, a Anupam Kher daje tu lekcję aktorstwa. Szczególnie głownoobsadzonemu Akshayowi Kumarowi, który aktorem jest... Cóż... Ale nie widzę powodu, by na to narzekać, bo to jeden z niewielu dobrych filmów z Akshayem. A trzeba pamiętać, że kolega jest prawdziwym supergwiazdorem i w swoich produkcjach już nawet ze Sly'em Stallone'em grał. Nie jest więc tak, że jakieś kichy do grania otrzymuje, może wybierać i przebierać do woli. I widać tylko kiepski gust ma. Jak dla mnie, bo w Indiach go kochają.

Problem, na jaki cierpi S26 jest w zasadzie tylko jeden, ale wynika on bardziej nie z samego filmu, co raczej z gatunku, jaki reprezentuje. Con-movie rządzi się swoimi prawami i znając jego tropy, bardzo łatwo domyślić się finałowego rozwiązania co do niemal ostatniego szczegółu. Ale, o dziwo, w ogóle mi to nie przeszkadzało i z przyjemnością oglądałem kolejne odkrywane zgodnie z moim przypuszczeniami pucle. Naprawdę sympatyczna to indyjska odpowiedź na "Ocean's 11" i warto poświęcić jej chwilę czasu. 8/10

Tak, piosenki są. Nie za wiele, ale są. Tak, są tu zupełnie niepotrzebne, jak i "miłosny wątek" dopisany na siłę. Ale, jako że wpadają w ucho, to całkowicie je rozgrzeszam, a Wy śmiało możecie je sobie przewinąć do przodu. Mała to kara za tak fajny film.

(1555)

czwartek, 12 lipca 2012
Ramadandu, czyli piłka nożna po indyjsku

Wpadł mi w łapy zupełnym przypadkiem i nie mogłem tak po prostu zignorować tollywoodzkiego filmu o piłce nożnej.

Szkoła w małej wiosce. Uczniowie na co dzień zajmują się psoceniem, a trzech z nich nałogowo grywa w piłkę (stoją w trójkącie i całymi godzinami nieporadnie podają sobie piłkę od nogi do nogi). Wraz z nowym rokiem pojawia się w szkole nowy nauczyciel Telugu, który w chłopakach widzi potencjał na kolejnego znanego indyjskiego sportowca (a trzeba wiedzieć, że Indie mają ich gdzieś tak z dziesięciu). Namawia ich by spróbowali swoich sił i dostali się do młodzieżowej drużyny okręgu. Niestety podczas naboru wychodzi na wierzch cała niesprawiedliwość systemu szkolenia i trener zajęty swoimi sprawami nie zauważa potencjału chłopców powołując do drużyny miernoty po znajomości. Nasz nauczyciel Telugu, sympatyczny grubasek, rzuca wyzwanie skorumpowanemu trenerowi - zorganizuje swoją drużynę i równo za miesiąc nakopie drużynie okręgu. Rozpoczynają się mordercze treningi.

"Lagaan" toto nie jest, zapewniam.

Słabiutki film, czerpiący garściami z klasycznej formuły filmu sportowego i dorzucający przy okazji garści swoich formuł, czyli Pana Komedię (taki "dowcipny" aktor wprowadzający element komediowy do każdego filmu - Panów Komedia jest trzech na cały Tollywood, czyli jeden średnio gra w 100 filmach rocznie), odbieganie od sedna sprawy i marnowanie czasu ekranowego, który skurczony jest do zaledwie dwóch godzin z kawałkiem, a i tak dłuży się jakby trwał trzy razy dłużej. Piosenki? Tak, są piosenki, ale przecież w "Rockym" też są piosenki :P

Po obejrzeniu filmu dokładnie wiadomo, dlaczego Indie są na szarym końcu rankingu FIFA - nie znaleziono do "Ramadamdu" nikogo kto by choć trochę umiał grać w piłkę. Nie wiadomo czy śmiać się czy płakać z piłkarskich umiejętności aktorów, a nadtrener pokazujący jak powinno się trafić w piłkę po prostu rulez. Finałowy mecz to zresztą też nieustanna beka. Myślę, że jak powstanie sequel, to przez cały film będą się tym razem uczyć robić wślizg, skoro potrafią już trafić w piłkę.

Obejrzałem, byście Wy już nie musieli oglądać, ale jakby ktoś chciał się pośmiać to niech zaczyna od intermission (połowa filmu), bo przed nie ma nic, co by mogło się spodobać normalnemu człowiekowi :) 4/10. Po przerwie jest lepiej. Można np. zobaczyć, że jednak Indie z Polską coś łączy:


No i indyjski Tsubasa też jest:

PS. Dla wtajemniczonych jest tu sporo smaczków kinowo-indyjskich, przede wszystkim "Magadheera"-owych.

(1408)

czwartek, 28 czerwca 2012
Ogrodzieniec w Kollywood

Ale jakże to tak? Wszędzie o tym napisałem (czyt.: na fejsie), a na bloga nie wrzuciłem? Nie godzi się. Dlatego nadrabiam.

Wiadomość nie jest nowa, były tu już zapowiedzi tego wiekopomnego wydarzenia i fotki, a od paru dni można podziwiać efekt finalny wizyty kollywoodzkich filmowców w moim hometownie. Niestety pogody za dobrej nie mieli, to i ujęć spektakularnych w teledysku nie uświadczymy. No ale lepszy rydz niż nic:

To teledysk z filmu "Saguni", którego sporo akcji dzieje się w Krakowie. Roztańczony Kraków i jego siły specjalne wyglądają tak:

A tak wyglądają mistrzowie drugiego planu:

Kraków w Kollywood

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24