| < Listopad 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Q o sporcie
Księga gości
Recenzje
Blogi
Layout Team
Tagi
wtorek, 21 października 2014
Kick

Na odtrutkę po WFF-ie nie mogło być lepszego wyboru niż Bollywood! I film, o którym jakiś czas temu było u nas głośno, gdyż zdjęcia do niego powstawały w Polsce. Przez chwilę były obawy, że Warszawa ma symulować Londyn, ale okazały się nieprawdziwe - Warszawa to w "Kick" Warszawa! A w niej Salman Khan.

Kick, Salman Khan
 

Jeszcze jakieś pięć lat temu jego przyjazd do Polski byłby wielkim bollywydarzeniem, ale od tego czasu wiele się zmieniło. Polski widz stracił prawie zupełnie zainteresowanie Bollywoodem, a pozostałe niedobitki nie mają już takiej siły przebicia jak kiedyś. Dla Salmana to lepiej, bo nie musiał jakoś ciężko się starać, żeby ignorować polskich fanów. Co - takie ignorowanie - zawsze mnie dziwiło. Szczególnie wtedy, gdy Shah Rukh Khan był u nas popularniejszy niż Tom Cruise. Ani razu się nie wysilił, żeby tu choć zajrzeć. Ciekawe, czy aż tak bardzo nie miał pojęcia, że filmy z nim zarabiają u nas całkiem nieźle i warto choćby wpaść na chwilę i pomachać ręką prawdziwym rzeszom fanów? Jak na ironię - im ciszej zaczęło być u nas o Bollywood, tym częściej ichnie gwiazdy zaczęły nas odwiedzać. Nie ogarniam.

Tak czy siak: szumu z wizytą Salmana i tak było sporo, bo filmowcy pozamykali ulice, powrzucali autobus do rzeki, poskakali z Pałacu Kultury i Nauki - pełen zestaw kaskaderskich popisów niespotykanych w polskim kinie. Dopiero Bollywood musiał przyjechać i pokazać, że i u nas się da.

Gwiazdor wciela się w "Kicku" w dwie role. Devi to prawy i klawy koleś uzależniony od adrenaliny. Devil zaś to zuchwały złodziej nieuchwytny dla policji. Na tropie Devila jest pewien zawzięty gliniarz, a przypadek sprawia, że w pociągu z Okęcia przez Warszawę Zachodnią do Centrala poznaje byłą miłość Deviego. Dziewczyna opowiada mu rzewną historię ich związku.

"Kick" to typowy bollywoodzki hiroł-projekt, który nie wyróżnia się zupełnie niczym. Oprócz Warszawy rzecz jasna. To przy okazji remake jakiegoś innego ollywooda, ale to raczej nieistotne, bo i tak te filmy niczym wielkim się od siebie nie różnią. Chodzi o to, żeby gwiazdor mógł pokazać pełnię swoich aktorskich możliwości wcielając się w kilka ról. I w związku z tym jest do bólu dobry, romantyczny i roztańczony, ale i do szpiku kości zły, choć i tak każdy dobrze wie, że na końcu okaże się, że tylko udawał złego, bo też ma złote serce. Standard. Bohater jest tak zajebisty, że potrafi niemożliwe - ot choćby znaleźć na warszawskim moście budkę telefoniczną Telekomunikacji Polskiej.

Jest to więc film tak naprawdę dla nikogo. Fani bollywoodów widzieli to już setki razy, a nie-fani dostaną tylko kolejny argument przeciwko indyjskim filmom. Mój punkt widzenia jest gdzieś tak bliżej tej pierwszej postawy i jako osoba, która toleruje Bollywood, a często zdarzało się, że trafiła w nim na naprawdę dobry film, uważam "Kick" za przeciętniaka. Zwariowany humor jest tu zbyt zwariowany i mimo kilku fajnych tekstów trudno mówić o jakiejś wspaniałej zabawie. Akcji też za wiele nie ma, bo to jednak przede wszystkim komedia, ewentualnie zacząłem się wyłączać, gdy film przestawał nią być.

Całość do obejrzenia tylko z punktu widzenia Warszawy w bollywoodzkim filmie. I to jedyny powód, dla którego można sięgnąć po "Kick" i sympatycznie się pośmiać. Bo jest tu stolicy naprawdę sporo, jak na tylko parę dni kręcenia. 6/10

(1809)

PS. Liczyłem na jakieś wyjaśnienie, skąd w Warszawie wziął się angielski autobus, ale się nie doczekałem :(. 

poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Filmistaan

Jako że nie lubicie Bollywoodu, to dzisiaj kilka słów o produkcji bollywoodzkiej :P Choć z drugiej strony o blisko związanym z Bollywoodem "Filmistaanie" powinno się raczej mówić per film indyjski.

Bohaterem filmu jest asystent reżysera, który marzy o karierze aktora. Wraz z dokumentalną ekipą ze Stanów rusza w kraj, by pomóc w realizacji filmu dokumentalnego. Przypadek zrządza, że podczas zdjęć jeep z naszym bohaterem zostaje porwany przez islamskich terrorystów i uprowadzony do Pakistanu. Tam będąc więźniem zaprzyjaźnia się (bohater, a nie jeep :P) z lokalnym piratem. Takim od DVD, a nie somalijskim.

Czy tańczą i śpiewają? Nie, nie tańczą i nie śpiewają. To normalny film. Normalny w rozumieniu tego słowa przez osoby, które na dźwięk "Bollywood" zapytałyby właśnie czy w filmie tańczą i śpiewają. I nie dość, że normalny to jeszcze bardzo dobry, w czym duża zasługa prostego pomysłu na fabułę.

Choć w "Filmistaanie" nie brakuje dramatu, a pakistańskie miasteczko dalekie jest krajobrazowo od kolorowych pocztówek Karana Johara (mówiąc mniej metaforycznie: to dziura na środku pustyni), reżyser filmu stara się jak może (i mu to wychodzi), aby wycisnąć z nieciekawej sytuacji jak najwięcej pozytywnego kina przepełnionego radością. Bo choć tematykę podejmuje trudną i gdy przychodzi na to czas nie ucieka od niej, to "Filmistaan" jest przede wszystkim filmem o miłości do kina. Jest kinem przesiąknięty i o kinie nigdy nie zapomina. "Skończ już z tymi filmowymi wtrętami" krzyczy w dramatycznej sytuacji jeden z bohaterów do drugiego, ale nie sposób z nimi skończyć.

W wyniku tego podczas seansu mamy do czynienia z kilkoma filmowymi perełkami w postaci niepowtarzalnych scen dubbingowania Salmana Khana, czy kręcenia filmu z groźbą dekapitacji indyjskiego więźnia. A pakistańska wioska wbrew pozorom okazuje się zupełnie inna od tej, której mieszkańcom bohaterowie "Kiniarzy z Kalkuty" Fidyka chcą po raz pierwszy pokazać film.

Miłość do kina, wciąż bolące rany podziału Indii i Pakistanu, brawurowo zagrany przez Shariba Hashmiego główny bohater oraz śmiech na zmianę mieszający się z dramatem - musiało z tego wyjść coś godnego uwagi. I wyszło. 8/10 z małym zastrzeżeniem, że po intermissionie film nieco traci na swoim uroku.

(1760)

środa, 28 maja 2014
Dhoom 3

Dawno nic o Bollywoodzie nie było to teraz przerwa na dwa słowa o Indianach. A nie, o ichnim "Romeo (Romeu? Romele? ;) ) i Julii" pisałem. No to nie, nie tak dawno. Jest tradycyjnie bezsensowny wstępny akapit? jest!

Seria "Dhoom" to chyba taki minibollywoodzki wynalazek, bo nie umiem znaleźć odpowiedniego porównania na Zachodzie. Biorą do niego (wynalazku) megaznanego aktora (ważne; nie może być koleś, którego tak, ludzie trochę kojarzą z nazwiska), którego obsadzają w roli badguya. A jego z kolei ściga dwójka tych samych głównych bohaterów: die hard cop i narwany eks-kryminalista, czyli wszystko zgodnie z zasadami buddy movie. (Wow, ile dziwnych słów już użyłem.) (I nawiasów.) Tenże aktor-badguy musi być mega megaznany i na tym polega patent pomysłu. Pomysłu, który się ukształtował w trakcie trwania serii, bo pierwotnie "Dhoom" był indyjską odpowiedzią na "Szybkich i wściekłych", żeby jeszcze bardziej zamiąchać.

W trójce przestępcą jest Aamir Khan i właśnie on jako pierwszy widnieje w napisach początkowych - to wyraźnie świadczy o tym, kto tu jest najważniejszy. To trochę tak jakby w dwójce badguya zagrał Tom Cruise, a w trójce, bo ja wiem, Matthew McConaughey np.

Wyznacznikiem serii jest również to, że nasz czarny charakter do końca nie jest taki zły. Nie inaczej w trójce - Aamir wciela się w cyrkowca, którego ojciec popełnił kiedyś samobójstwo na oczach małego syna i podłych bankierów, którzy mu zabrali pracę i dach nad głową. Mijają lata, syn dorasta i biega po Chicago rabując banki należące do sieci ww. podłych bankierów. Sytuacja jest poważna, z Indii trzeba wezwać najlepszego policjanta, jaki stąpa po tamtejszej ziemi, żeby rozprawił się z przestępcą. A pomoże mu jego gadatliwy koleżka.

No i jest też heroina, w której postać wciela się tym razem Katrina Kaif, ale jej obecność ogranicza się w filmie do ładnego i zgrabnego wyglądu. Bo to męskie kino jest! ;)

Śmieję się, bo byłoby, gdyby obciąć je o godzinę. No i oczywiście byłoby męskie tak po bollywoodzku, czyli z obowiązkowym sześciopakiem na wierzchu, bądź w przypadku braku takiego z zaciętym wyrazem twarzy Apsika, którego uśmiech się w "Dhoomach" nie tyka.

Kpię, a i owszem, ale nie zmienia to faktu, że D:3 jest fajnym i rozrywkowym filmem nakręconym za sporą kaskę, którą na ekranie widać. Ot taki indyjski blockbuster. Jak przystało na serię, nie ma się co spodziewać po trzeciej odsłonie powagi, a trzeba raczej nieskrępowanej zdrowym rozsądkiem zabawy. Tej jest tutaj w ilościach sporych i, co ważne, nie jest aż tak abstrakcyjna jak w dwójce. Oczywiście jak na standardy zachodnie film jest bardzo, ale to bardzo abstrakcyjny (a głównie sekwencje akcji), ale przynajmniej nikt się tu w krasnoludki nie przebiera jak Hrithik i Aishwarya w dwójce.

Myślę sobie, że gdyby trochę zrezygnować z konwencji i ciut bardziej na poważnie podejść do tego filmu to byłby dużo lepszy, bo potencjał jest. Szczególnie pierwsza część przed intermission leci wartko i ciekawie do przodu. Potem zaczyna się za dużo farmazonów, przez których więcej niż 7/10 nie sposób dać.

(1741)

wtorek, 15 kwietnia 2014
Goliyon Ki Raasleela Ram-Leela

Obecność w Warszawie gwiazdora bollywoodzkiego kina - Salmana Khana - to dobry punkt wyjścia do obejrzenia co tam nowego powstało w państwie indyjskim. Leciutko jestem już z bollywoodami w plecy, ale żeby za nimi nadążyć, to by trzeba nic nie robić tylko oglądać. Inna sprawa, że ostatnio nie było tam wiele ciekawego do obejrzenia lub wpadałem na miny. Co nie zmienia faktu, że moim skromnym zdaniem Bollywood nie zasługuje na falę kpiny, jaka przy okazji wizyty Salmana i kręcenia tu jego najnowszego filmu (niestety wiele wskazuje na to, że Warszawa tylko udaje Londyn, a Pałac Kultury i Nauki Big Bena... S, ja też NMSP ;) ) przetacza się po naszych medyjkach. Bo u nas to albo nie pisze się o Bollywoodzie albo się pisze kpiarsko. A weźmy film, o którym dwa słowa dzisiaj - zarobił on na ten przykład na całym świecie grubo ponad 30 mln. $ (słownie: grubo ponad trzydzieści milionów dolarów). No dalej polska kinematografio, zrób tak. I potem sobie możesz kpić.

Prawda jest taka, że pod względem czysto filmowym indyjscy twórcy biją naszych wyrobników na głowę. Owszem, kręcą najczęściej infantylne rzeczy, ale tylko dlatego, że tego wymaga od nich miejscowa publika. Inna sprawa, że ja akurat wolę te infantylne filmy, bo mają swój niepowtarzalny indyjski styl. Wiejskie tańce w sari i takie tam. Odkąd Bollywood masowo zaczęło chodzić do dyskoteki i kręcić na zachodnią modłę w wielkich aglomeracjach wśród indi-lemingów - straciło dla mnie swój urok. A i chyba w ogóle gorzej na tym wyszło, bo boom na Bollywood zmalał w porównaniu do tego, co było jeszcze parę lat temu. Moim skromnym zdaniem to wina tego właśnie zzachodnienia produkcji. Powtarzam to często i powtórzę jeszcze raz: jeśli chcę obejrzeć dobre zachodnie kino, to oglądam dobre zachodnie kino, a nie indyjskie podróbki blockbusterów. Indie były dla mnie atrakcyjne w tym wydaniu wiejskim, zacofanym, poukładanym wedle sięgających kilku wieków tradycji.

Piszę o tym głównie dlatego, że "Ram-Leela" to na szczęście takie bollywoodzkie kino, jakie lubię. Długo go szukałem i trafić na niego nie mogłem. Jedno z głównych kryteriów poszukiwań: fajne (subiektywnie) piosenki. Kiedyś szukaliśmy z Aśkiem jakichś nowych hitów i znaleźliśmy zylion piosenek, które były podobne jedna do drugiej, ale żadna z nich nie była fajna (jak na ironię najfajniejsze piosenki są w filmach kolesia, który przeważnie gra w dennych filmach). Tu na szczęście nie ma tego problemu i żadnego kawałka nie przewinęliśmy. Nie dość, że wpadły w ucho to jeszcze zrealizowane zostały na bogato. Tak na bogato, że bardziej się już chyba nie da.

Ale w ogóle cały film jest zrealizowany na bogato! Pod względem oszałamiających barw spokojnie mógłby stanąć w szranki z "Cesarzową" w konkurencji: Najlepszy film do testowania na nim HD w telewizorze" (za konkurencję dziękuję Oli, od której ją podebrałem). Oczopląsu można dostać od tych barwnych ubrań, błyszczącej biżuterii, makijaży, mandali i wszystkiego co dało się upchać w jeden kadr i pięćdziesięciu tancerzy. Scenografia także nie odstaje i jeśli gdzieś jest jakiś kawałek ściany, to został on pomalowany monumentalnym wizerunkiem bóstwa czy innego ustrojstwa. Główna bohaterka, żeby nie było, mieszka właściwie w ogrodzie botanicznym, a o świcie budzą ją śpiewy pawi. Nie żałowali kasy na realizację i się to opłaciło, patrz pierwszy akapit.

Prace magisterskie można by pisać o plagiatowaniu zachodnich filmów przez twórców z Bollywood. Już jakiś czas temu ci ostatni się wycwanili i na początku piszą, czym się inspirowali i... dalej plagiatują. Fabuła R-L również nie jest oryginalna i również zaczyna się od oświadczenia o źródle inspiracji na wypadek gdyby ktoś się nie domyślił. Trudno jednak głośno krzyczeć o jakimkolwiek plagiacie, gdy na warstat wzięto klasycznego "Romea i Julię" (Szekspira, jakby ktoś nie wiedział). Na całym świecie co roku powstaje jakaś ekranizacja R+J to czemu by i nie w Bollywood. Przy czym, choć dość wierna, to jednak przekształcona na indyjską modłę. Może nie aż tak sprawnie jak unowocześniona przez Luhrmanna wersja, ale i tak porządnie i z głową. Sedno zostało to samo, cała reszta indyjska tak bardzo, jak indysjkie są okolice Gudźaratu i Radżastanu.

Ona (Dupika; w jednej piosence gościnnie pojawia się też Drewnyanka, która jakby coraz mniej drewniana była) jest zbuntowana, piękna i ma swoje zdanie. On (nie znam kolesia, ale już czekam na "Gunday" z jego udziałem; tyle wiem, ze to jakiś kuzyn-czy-coś Anila "Indyjskiego Jacka Bauera" Kapoora) jest zbuntowany, jeszcze piękniejszy i nie ma łupieżu (mnie wolno kpić, bo ja doceniam :P). Pochodzą z rodzin, które toczą ze sobą nieustanną walkę od 500 lat. Zakochują się w sobie, co oczywiste, no i mają problem, co jeszcze bardziej oczywiste. Ale póki co wydaje im się, że love conquers all.

Mam z R-L tylko jeden problem, ale za to poważny i niestety nie do przeskoczenia. Wszystko jest tam najwyższej próby - piękna realizacja, piękni bohaterowie, onelinery jak z najlepszych filmów ze Sly'em i Arnie'em ("Ich romans zakończy się jutro przed dziewiątą" mówi wynajęty oprych, a takich przykładów można by mnożyć), no i dystans aktorów oraz twórców do tego, co pokazują. Czuć go i właśnie dzięki temu dobrze grają te celowo i po indyjski przegięte sceny, w których np. główny bohater wjeżdża na motocyklu leżąc na nim jak na otomanie). Niestety (znów, bo bardzo żałuję), nie znam hindi, a jego znajomość w takich filmach jest bardzo ważna. Bo ważna w nich jest nie tylko fabuła, którą zna każdy, kto słyszał o "Romeo i Julii". A jakiekolwiek dostępne tłumaczenie, czy to polskie czy angielskie skupia się raczej na tym, żeby oddać sens fabuły, a nie wdawać się w językowe niuanse. Kiedy słyszę, że bohaterka wypowiada długie zdanie, a czytam "Zrozumiałam", to mogę tylko smutno westchnąć. Niestety, chyba nie ma co liczyć na fachowe tłumaczenie przez kogoś, kto zna język oryginału. A jestem z grubsza pewny, że gdybym rozumiał wszystko jak należy, to byłbym pod większym wrażeniem. W przeciwnym wypadku, przez znajomość historii, momentami trochę się jednak wynudziłem i stąd tylko 7/10.

(1725)

wtorek, 17 grudnia 2013
Gwałt po bollywoodzku

Miała być dzisiaj kolejna część Prevuesów (trailer w miarę na bieżąco TUTAJ), ale wpadłem na inny temat, któremu uznałem, że warto poświęcić notkę. Krótką, jak to zawsze u mnie ;).

Zawsze lubiłem i zwracały moją uwagę nieszablonowe akcje marketingowe nowych produkcji filmowych. Interaktywna strona YouTube "Niezniszczalnych", czy virale z chatroomów, na których bogu ducha winni widzowie orientowali się, że właśnie rozmawiają z duchem (nie pamiętam dokładnie, do którego to było filmu, a szperać mi się nie chce). Tym razem moją uwagę zwrócił pomysł prosto z Bollywood.

Nie jest to pomysł taki zupełnie świeży i nowy, bo - jak większość tego typu akcji - już dawno wymyślił go William Castle, ale z pewnością jest ewenementem we współczesnym kinie. A przynajmniej ja z niczym takim się nie spotkałem. Szczególnie że wynosi kino na wyższy, socjologiczno-społeczny poziom. Bo trudno tu do końca mówić o promocji sensu stricte, gdyż temat jest zbyt poważny, żeby traktować go w kategoriach reklamy. Choć niewątpliwie obliczony na reklamę jest.

Oto zwiastun "Kill the Rapist", który do indyjskich kin trafi na początku przyszłego roku.



Żartowniś bez taktu zapytałby pewnie teraz, czy będą w tym filmie tańczyć, ale my skupmy się na innym fragmencie tego zwiastuna. Zwiastuna filmu, który wpisuje się w gatunek kina rape and revenge, ale też zwraca uwagę na prawdziwy problem społeczny Indii, którymi ostatnio wstrzasnęły przynajmniej dwa skandale z gwałtami w tle. I jeśli w tych strasznych wydarzeniach szukać jakiegoś pozytywu, to bez wątpienia byłoby nim to, że o ogromnej skali tego problemu zaczęto w końcu głośno mówić. Przynajmniej przez chwilę.

A teraz o kolejne zabranie głosu w tej sprawie prosi kino:

Kill the Rapist

Film nie ma jeszcze zakończenia. Czy tytułowy gwałciciel ma zginąć, czy może przeżyć? O tym zdecydują widzowie swoimi telefonami, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, jaki będzie finał...? 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24