| < Lipiec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zakładki:
Q o sporcie
Księga gości
Recenzje
Blogi
Layout Team
Tagi
niedziela, 08 lutego 2015
Nieustraszona [Mardaani]

Moda na bollywoodzkie heroiny trwa w najlepsze. Dołączyła do nich Rani Mukherjee, która zawsze miała męski głos, a teraz jeszcze ubrała flanelową koszulę w kratę.

Bollywoodzki film w polskim kinie w normalnej dystrybucji to zawsze wydarzenie. Wydawać by się mogło, że moda na Bollywood dawno u nas umarła i właśnie teraz - paradoksalnie - zaczęły się w Polsce dziać rzeczy ciekawe. Jedna ekipa za drugą przyjeżdżają tu kręcić filmy, pojawiają się największe tamtejsze gwiazdy, by jeździć przed Centralem na dachu double deckera i nic nie wskazuje na to, żeby to była chwilowa moda. Dopiero co gościliśmy Salmana Khana, a tu przez wszystkie nasze większe telewizje przewinęła się Rani, by promować swój największy hit.

Załapałem się na jeden z jej telewizyjnych występów i nie ma żadnych wątpliwości, że to gwiazda. Wygadana, konkretna, potrafiąca zaciekawić do swojego filmu - tylko pozazdrościć takiej prezencji na obcym sobie lądzie na przeciw ludzi, którzy na dźwięk słowa "Bollywood" uśmiechają się tylko pod nosem.

Inna sprawa, że "Nieustraszona" wiele wspólnego z tradycyjnym wyobrażeniem kina bollywoodzkiego nie ma. To następna z produkcji, w których indyjscy filmowcy starają się robić "normalne kino" z domieszką swojej filmowej tradycji, w której przecież nigdy nie brakowało heroin i społecznych tematów. Wykastrowano je tylko o tańce i trzygodzinny metraż. Trudno powiedzieć, czy już na dobre bollywoodzkie kino będzie ewoluowało w tę stronę, czy to tylko chwilowe. Nawet jeśli to drugie, to trend jest mocny. Przy czym nadal nie mają za bardzo czym konkurować z podobnymi amerykańskimi produkcjami. Ale się starają i, kto wie, może się wyrobią. W końcu przecież miejscowy widz przyzwyczai się do tych filmów, którym nagle bardzo daleko do cukierka i trzeba go będzie kupić coraz lepszymi fabułami.

Fabuła "Nieustraszonej" jest prosta. Tytułowa bohaterka to twarda glinka (nie mylić z Katarzyną Glinką), której nie można przekupić, która ma kopa jak Chuck Norris i która każdą próbę złamania prawa traktuje tak samo - nazwijmy to: z niechęcia. Pewnego dnia dziewczynka, którą traktuje niemal jak córkę zostaje porwana przez handlarzy żywym towarem. Handlarze jeszcze o tym nie wiedzą, ale mają przerąbane.

Rani Mukherjee do tej pory kojarzyła się raczej z weselszym/wyciskaczołzowym repertuarem, choć nie do końca jest tak, że omijała poważniejsze tematy ("Podróż kobiety" chociażby). W ostatnich latach jej gwiazda trochę przygasła i być może stąd ta diametralna zmiana wizerunku na twardą babę, która rozdaje kopniaki na lewo i prawo i trochę za często podwija rękawy koszuli. Czy dalej podąży w tym kierunku? To się jeszcze okaże, ale nie widzę ku temu żadnych przeciwwskazań. W "Mardaani" sprawiła się jak należy i wybór takiej roli można uznać za trafny. Fani aktorki nie powinni być zawiedzeni.

Jeśli zaś chodzi o sam film to jest całkiem niezły - szczególnie w pierwszej połowie, która jest nieco bardziej poważna i mroczna. Im bliżej końca filmu, tym więcej pójść na skróty i traktowania fabuły w bollywoodzki sposób. Główna bohaterka to John Rambo we flaneli, która z największej opresji ratuje się ot tak: pstryk. Przekaz filmu jest jasny (Indie, wedle końcowych napisów, to światowa stolica handlu żywym towarem, głównie dziećmi) i jak to w Bollywoodzie - przez kino stara się zwrócić uwagę na problem i podpowiedzieć rozwiązanie: jeśli wszyscy razem staniemy przeciwko, to nie ma takiej siły, która mogłaby nas powstrzymać. Tylko przekazowi przydałoby się trochę mroku i dramatu, których "Nieustraszonej" w drugiej połowie brakuje.

Ale jest to film dobrze zrobiony (zdjęcia Polaka), nielukrowany i momentami odważny (kulisy traktowania porwanych dziewczynek). Prawie Siódemka. 6/10

(1858)

sobota, 07 lutego 2015
Pizza

Jeśli tęsknicie za horrorami, jakie kręcili 60 lat temu, oto propozycja dla Was.

Bo tak, pod tym spodziewanym w sobotni wieczór tytułem kryje się zupełnie niespodziewana treść. Bo nie dość, że horror (choć bardziej pasowałoby tutaj angielskie określenie: mystery), to jeszcze bollywoodzki! I odpowiadając od razu na nieuchronne pytania: nie, nie tańczą.

Choć Bollywood głównie kojarzy się z tańcem i śpiewem, to ostatnie lata w indyjskiej kinematografii jest czasem odchodzenia od przyjętych wcześniej schematów. Pojawia się tam coraz więcej tzw. normalnych filmów i nic dziwnego, że zaczęły pojawiać się i horrory. To nie znaczy, że nigdy wcześniej ich tam nie było, były, były, ale teraz jest ich jeszcze więcej. Duchów, krwi, zombiaków nawet - tak jakby ktoś odkręcił kurek z zachodnimi gatunkami i nagle pozwolił z niego czerpać.

Spokojnie, "Pizza" - jak mógłby na to wskazywać tytuł - nie jest kulinarnym horrorem. No wiecie, ktoś zjadł nieświeżą pizzę i teraz ma kłopoty żołądkowe. Nic z tych rzeczy. Bohaterem filmu jest rozwoziciel pizzy z aspiracjami ("za trzy lata zostanę kierownikiem sali i dostanę trzykrotną podwyżkę") i lekkimi domowymi problemami. Z żoną, początkującą pisarką horrorów, ledwo wiążą koniec z końcem, a tu jeszcze okazuje się, że ona jest w ciąży. Na domiar złego nasz bohater zawozi pizzę do tajemniczego domu, który w okolicy cieszy się złą sławą. Kto postawi tam nogę, tego nie przestanie opuszczać pech.

"Pizza" jest horrorem skrojonym na indyjską miarę. Nie jestem indyjskim widzem, ale potrafię sobie wyobrazić, że na większości z nich, tzw. statystycznych, nie jest trudno zrobić wrażenie horrorem z gatunku tych, jakich się już dzisiaj nigdzie indziej nie kręci. I "Pizza" jest właśnie taką propozycją, w zasadzie klasyczną można by rzec. Nawiedzony dom, wyskakujące zewsząd ucharakteryzowane duchy, klimat budowany minutowym wolnym krokiem schodami w górę. Wystraszyć się na nim nie wystraszycie, bo bardziej od nowoczesnego horroru przypomina przejazd kolejką u strachów w wesołym miasteczku. Siedząc bezpiecznie w domu strachu żadnego z tego nie ma.

No ale jak ktoś jest ciekawy tego, jak wygląda indyjski horror to może bez strachu spróbować, bo to normalny film. "Normalny film" - nie lubię tego określenia, ale jak inaczej wytłumaczyć, że nie należy spodziewać się musicalu? Wierzę, że wiecie o co mi chodzi, gdy tak piszę, na pewno nie jest to żadna drwina ani nic. Ot, stwierdzenie faktu.

No i jest tutaj ten zawsze chętnie wyczekiwany moment, gdy fabuła się zatrzymuje, muzyka daje znać, że zaraz odkryjemy master plan i ruszamy w podróż wstecz, by rzucić okiem raz jeszcze na niektóre wydarzenia. Aha, no i trwa tylko 100 minut ;). 6/10

(1857)

wtorek, 21 października 2014
Kick

Na odtrutkę po WFF-ie nie mogło być lepszego wyboru niż Bollywood! I film, o którym jakiś czas temu było u nas głośno, gdyż zdjęcia do niego powstawały w Polsce. Przez chwilę były obawy, że Warszawa ma symulować Londyn, ale okazały się nieprawdziwe - Warszawa to w "Kick" Warszawa! A w niej Salman Khan.

Kick, Salman Khan
 

Jeszcze jakieś pięć lat temu jego przyjazd do Polski byłby wielkim bollywydarzeniem, ale od tego czasu wiele się zmieniło. Polski widz stracił prawie zupełnie zainteresowanie Bollywoodem, a pozostałe niedobitki nie mają już takiej siły przebicia jak kiedyś. Dla Salmana to lepiej, bo nie musiał jakoś ciężko się starać, żeby ignorować polskich fanów. Co - takie ignorowanie - zawsze mnie dziwiło. Szczególnie wtedy, gdy Shah Rukh Khan był u nas popularniejszy niż Tom Cruise. Ani razu się nie wysilił, żeby tu choć zajrzeć. Ciekawe, czy aż tak bardzo nie miał pojęcia, że filmy z nim zarabiają u nas całkiem nieźle i warto choćby wpaść na chwilę i pomachać ręką prawdziwym rzeszom fanów? Jak na ironię - im ciszej zaczęło być u nas o Bollywood, tym częściej ichnie gwiazdy zaczęły nas odwiedzać. Nie ogarniam.

Tak czy siak: szumu z wizytą Salmana i tak było sporo, bo filmowcy pozamykali ulice, powrzucali autobus do rzeki, poskakali z Pałacu Kultury i Nauki - pełen zestaw kaskaderskich popisów niespotykanych w polskim kinie. Dopiero Bollywood musiał przyjechać i pokazać, że i u nas się da.

Gwiazdor wciela się w "Kicku" w dwie role. Devi to prawy i klawy koleś uzależniony od adrenaliny. Devil zaś to zuchwały złodziej nieuchwytny dla policji. Na tropie Devila jest pewien zawzięty gliniarz, a przypadek sprawia, że w pociągu z Okęcia przez Warszawę Zachodnią do Centrala poznaje byłą miłość Deviego. Dziewczyna opowiada mu rzewną historię ich związku.

"Kick" to typowy bollywoodzki hiroł-projekt, który nie wyróżnia się zupełnie niczym. Oprócz Warszawy rzecz jasna. To przy okazji remake jakiegoś innego ollywooda, ale to raczej nieistotne, bo i tak te filmy niczym wielkim się od siebie nie różnią. Chodzi o to, żeby gwiazdor mógł pokazać pełnię swoich aktorskich możliwości wcielając się w kilka ról. I w związku z tym jest do bólu dobry, romantyczny i roztańczony, ale i do szpiku kości zły, choć i tak każdy dobrze wie, że na końcu okaże się, że tylko udawał złego, bo też ma złote serce. Standard. Bohater jest tak zajebisty, że potrafi niemożliwe - ot choćby znaleźć na warszawskim moście budkę telefoniczną Telekomunikacji Polskiej.

Jest to więc film tak naprawdę dla nikogo. Fani bollywoodów widzieli to już setki razy, a nie-fani dostaną tylko kolejny argument przeciwko indyjskim filmom. Mój punkt widzenia jest gdzieś tak bliżej tej pierwszej postawy i jako osoba, która toleruje Bollywood, a często zdarzało się, że trafiła w nim na naprawdę dobry film, uważam "Kick" za przeciętniaka. Zwariowany humor jest tu zbyt zwariowany i mimo kilku fajnych tekstów trudno mówić o jakiejś wspaniałej zabawie. Akcji też za wiele nie ma, bo to jednak przede wszystkim komedia, ewentualnie zacząłem się wyłączać, gdy film przestawał nią być.

Całość do obejrzenia tylko z punktu widzenia Warszawy w bollywoodzkim filmie. I to jedyny powód, dla którego można sięgnąć po "Kick" i sympatycznie się pośmiać. Bo jest tu stolicy naprawdę sporo, jak na tylko parę dni kręcenia. 6/10

(1809)

PS. Liczyłem na jakieś wyjaśnienie, skąd w Warszawie wziął się angielski autobus, ale się nie doczekałem :(. 

poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Filmistaan

Jako że nie lubicie Bollywoodu, to dzisiaj kilka słów o produkcji bollywoodzkiej :P Choć z drugiej strony o blisko związanym z Bollywoodem "Filmistaanie" powinno się raczej mówić per film indyjski.

Bohaterem filmu jest asystent reżysera, który marzy o karierze aktora. Wraz z dokumentalną ekipą ze Stanów rusza w kraj, by pomóc w realizacji filmu dokumentalnego. Przypadek zrządza, że podczas zdjęć jeep z naszym bohaterem zostaje porwany przez islamskich terrorystów i uprowadzony do Pakistanu. Tam będąc więźniem zaprzyjaźnia się (bohater, a nie jeep :P) z lokalnym piratem. Takim od DVD, a nie somalijskim.

Czy tańczą i śpiewają? Nie, nie tańczą i nie śpiewają. To normalny film. Normalny w rozumieniu tego słowa przez osoby, które na dźwięk "Bollywood" zapytałyby właśnie czy w filmie tańczą i śpiewają. I nie dość, że normalny to jeszcze bardzo dobry, w czym duża zasługa prostego pomysłu na fabułę.

Choć w "Filmistaanie" nie brakuje dramatu, a pakistańskie miasteczko dalekie jest krajobrazowo od kolorowych pocztówek Karana Johara (mówiąc mniej metaforycznie: to dziura na środku pustyni), reżyser filmu stara się jak może (i mu to wychodzi), aby wycisnąć z nieciekawej sytuacji jak najwięcej pozytywnego kina przepełnionego radością. Bo choć tematykę podejmuje trudną i gdy przychodzi na to czas nie ucieka od niej, to "Filmistaan" jest przede wszystkim filmem o miłości do kina. Jest kinem przesiąknięty i o kinie nigdy nie zapomina. "Skończ już z tymi filmowymi wtrętami" krzyczy w dramatycznej sytuacji jeden z bohaterów do drugiego, ale nie sposób z nimi skończyć.

W wyniku tego podczas seansu mamy do czynienia z kilkoma filmowymi perełkami w postaci niepowtarzalnych scen dubbingowania Salmana Khana, czy kręcenia filmu z groźbą dekapitacji indyjskiego więźnia. A pakistańska wioska wbrew pozorom okazuje się zupełnie inna od tej, której mieszkańcom bohaterowie "Kiniarzy z Kalkuty" Fidyka chcą po raz pierwszy pokazać film.

Miłość do kina, wciąż bolące rany podziału Indii i Pakistanu, brawurowo zagrany przez Shariba Hashmiego główny bohater oraz śmiech na zmianę mieszający się z dramatem - musiało z tego wyjść coś godnego uwagi. I wyszło. 8/10 z małym zastrzeżeniem, że po intermissionie film nieco traci na swoim uroku.

(1760)

środa, 28 maja 2014
Dhoom 3

Dawno nic o Bollywoodzie nie było to teraz przerwa na dwa słowa o Indianach. A nie, o ichnim "Romeo (Romeu? Romele? ;) ) i Julii" pisałem. No to nie, nie tak dawno. Jest tradycyjnie bezsensowny wstępny akapit? jest!

Seria "Dhoom" to chyba taki minibollywoodzki wynalazek, bo nie umiem znaleźć odpowiedniego porównania na Zachodzie. Biorą do niego (wynalazku) megaznanego aktora (ważne; nie może być koleś, którego tak, ludzie trochę kojarzą z nazwiska), którego obsadzają w roli badguya. A jego z kolei ściga dwójka tych samych głównych bohaterów: die hard cop i narwany eks-kryminalista, czyli wszystko zgodnie z zasadami buddy movie. (Wow, ile dziwnych słów już użyłem.) (I nawiasów.) Tenże aktor-badguy musi być mega megaznany i na tym polega patent pomysłu. Pomysłu, który się ukształtował w trakcie trwania serii, bo pierwotnie "Dhoom" był indyjską odpowiedzią na "Szybkich i wściekłych", żeby jeszcze bardziej zamiąchać.

W trójce przestępcą jest Aamir Khan i właśnie on jako pierwszy widnieje w napisach początkowych - to wyraźnie świadczy o tym, kto tu jest najważniejszy. To trochę tak jakby w dwójce badguya zagrał Tom Cruise, a w trójce, bo ja wiem, Matthew McConaughey np.

Wyznacznikiem serii jest również to, że nasz czarny charakter do końca nie jest taki zły. Nie inaczej w trójce - Aamir wciela się w cyrkowca, którego ojciec popełnił kiedyś samobójstwo na oczach małego syna i podłych bankierów, którzy mu zabrali pracę i dach nad głową. Mijają lata, syn dorasta i biega po Chicago rabując banki należące do sieci ww. podłych bankierów. Sytuacja jest poważna, z Indii trzeba wezwać najlepszego policjanta, jaki stąpa po tamtejszej ziemi, żeby rozprawił się z przestępcą. A pomoże mu jego gadatliwy koleżka.

No i jest też heroina, w której postać wciela się tym razem Katrina Kaif, ale jej obecność ogranicza się w filmie do ładnego i zgrabnego wyglądu. Bo to męskie kino jest! ;)

Śmieję się, bo byłoby, gdyby obciąć je o godzinę. No i oczywiście byłoby męskie tak po bollywoodzku, czyli z obowiązkowym sześciopakiem na wierzchu, bądź w przypadku braku takiego z zaciętym wyrazem twarzy Apsika, którego uśmiech się w "Dhoomach" nie tyka.

Kpię, a i owszem, ale nie zmienia to faktu, że D:3 jest fajnym i rozrywkowym filmem nakręconym za sporą kaskę, którą na ekranie widać. Ot taki indyjski blockbuster. Jak przystało na serię, nie ma się co spodziewać po trzeciej odsłonie powagi, a trzeba raczej nieskrępowanej zdrowym rozsądkiem zabawy. Tej jest tutaj w ilościach sporych i, co ważne, nie jest aż tak abstrakcyjna jak w dwójce. Oczywiście jak na standardy zachodnie film jest bardzo, ale to bardzo abstrakcyjny (a głównie sekwencje akcji), ale przynajmniej nikt się tu w krasnoludki nie przebiera jak Hrithik i Aishwarya w dwójce.

Myślę sobie, że gdyby trochę zrezygnować z konwencji i ciut bardziej na poważnie podejść do tego filmu to byłby dużo lepszy, bo potencjał jest. Szczególnie pierwsza część przed intermission leci wartko i ciekawie do przodu. Potem zaczyna się za dużo farmazonów, przez których więcej niż 7/10 nie sposób dać.

(1741)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25